Nie będzie dziś tabaki mówi R., patrząc w niebo. Czarne chmury gromadzą się na Rynku a mi już mija kac, powoli choć nieubłagalnie. Dziś wszystko się będzie toczyć powoli i nieubłagalnie. Powoli więc zapalam papierosa, bo nie ma się, gdzie śpieszyć i tak spędzę tu następnych kilkanaście godzin. Wszystko jest przygotowane, jak w wigilię, na gościa, który nigdy nie nadejdzie. Zaraz będzie deszcz a nam pozostanie tylko pilnowanie nieistniejącego interesu.
Rynek budzi się do życia leniwie, nieśpiesznie, wszelkie kurioza wychodzą z anonimowych miejsc, by na Rynku znaleźć się tam, gdzie powinni: Zagłoba, Szalony Kapelusznik, cygan ciągle grający tę samą melodię.
A R., patrzący w niebo to również kuriozum. Ale inne kuriozum, bardziej zakorzenione w rzeczywistości. Przepowiada pogodę. Również na kacu. Robi to sprawnie, bo dla samego siebie. I tak się powinno robić, mawia zawsze Manago Gej, którego tu jeszcze nie ma, więc można palić papierosa i snuć refleksje. Refleksje nie są tu chyba wskazane. Tabaka nie skłania do refleksji. Może to i dobrze.
R. też wczoraj pił, więc komunikacja jest lżejsza. Zrobiliśmy wszystko, co przyszło nam zrobić, teraz czekamy na deszcz albo na wypogodzenie, albo po prostu na koniec pracy. Na coś czekamy w każdym razie. Myślę, że czekamy na Godota tak naprawdę. Przebieramy się w nieswoje ciuchy i tak dalej (czytałem niedawno Godota, więc mogę zabłysnąć kontekstem literackim). Jestem przechuj i umrę młodo.
Myślę, że nie jestem homofobem (kolejna refleksja z nudów). Rozumiem to, że żyjemy w konserwatywnym jak sam skurwysyn kraju, w którym, żeby być homoseksualistą najpierw należy się takim wydawać dla innych. Więc to raczej proces kulturowej identyfikacji. Coś obszerniejszego, wliczającego w swój krąg zachowania zupełnie niezwiązane freudowsko z homoseksualizmem - poronioną estetykę, pedantyzm, graniczący z obłędem, obsesję na punkcie swojej pracy i totalnie żenujące poczucie humoru. Już sam nie wiem, czy to charakterystyka Manago Geja, czy ogólniejszy wniosek, ale on sam sprawia wrażenie osobowości-kalki. Istny człowiek bez właściwości, pozbawiony własnego charakteru. Chodzący stereotyp. Jak symulakra geja. Tylko przypomina mi się rysunek Stefanowicza z puentą "homoseksualizm dotarł do Warszawy" (czy coś w ten deseń). Nic dodać, nic ująć. Pewnie jestem homofobem. A na pewno wszyscy tak stwierdzą.
Trzeba przestać bezsensownie zastanawiać się nad rzeczami niezwiązanymi z pracą. Trzeba iść się przebrać. W inną tożsamość. Wszyscy się tu przebierają w jakąś tożsamość. Najprościej to zauważyć w relacjach kuchnia-kelnerzy. Albo jak, kto woli kuchnia-parasole, kuchnia-surykatki etc. jak zwał... Mój brat jest szefem kuchni, ja sam zawsze miałem dobre relacje z pracownikami kuchni. Nie ma się, co jednak oszukiwać, że nie istnieją duże różnice, które można sklasyfikować wręcz marksistowsko.
Kuchnia to klasa średnia, obdarzona stałą pensją, dzięki czemu charakter pracy jest zupełnie inny. Roboty jest albo dużo, albo mało, albo średnio (jakby to powiedział Kazimierz Górski, czy inny Paulo Coelho prostych rozważań) a pensja jest podobna. W pracy kelnerów obrót ma wpływ na zarobki. Celowo nie mówię o pensji, bo tak naprawdę pensja jest oferowana chyba tylko ze względu na prawo pracy. Zatrudnienie jest umożliwieniem wykonywania jałmużny zarobkowej w charakterze prezentacji lokalu i jego wyrobów. O tym mówił P. ostatnio w pracy. Inteligencja, charyzma, uprzejmość, znajomość języków obcych, empatia, czy umiejętność nawiązywania kontaktów mają wpływać na wynagrodzenie, które dzięki temu jest czymś płynnym i niepewnym. Mały ruch i brak tabaki, to małe wynagrodzenie. Można to porównać do pracy na własny rachunek nowej klasy upadłej inteligencji. Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu itd itd. Marks napierdalaj. A miałem tu właściwie opisać konflikt jak z Majakowskiego, Meyerholda, czy coś w tym stylu. Kuchnia podgrzewająca talerze na wydawce żeby kelnerzy parzyli sobie łapy, to piękny opis walki proletariatu z nierobami, którzy za nic zarabiają pieniądze większe niż średnia krajowa. Ta upadła inteligencja z reguły nie ma rodzin, więc nie musi wracać do domów po pracy, może chlać do rana za pół ceny i przepijać napiwki. To chyba budzi zawsze nienawiść. Zawsze wolność budziła nienawiść (patrz: zastrzelony Peter Fonda w Easy Riderze) - pierwsze skojarzenie Szef Kuchni krzyczący wypierdalaj stąd, miałaś tu być trzydzieści sekund temu, do kelnerki pracującej pierwszy dzień. W sumie słabe to skojarzenie. Trzeba przestać myśleć. Prasować ubranie.
Nienawidzę prasować ubrań. Prasowanie jest kolejnym elementem kultury, który dla mnie z dziwnych przyczyn jeszcze nie umarł, chociaż powinien. Prasuję tylko białe koszule do pracy, bo podobno tak trzeba. Golę się również tylko z tego powodu. Gdyby ktoś w restauracji podał mi widelec z lewej strony, to bym udał, że tego nie widziałem. Gdyby ktoś z miną Latawicy podał mi talerz w restauracji, to bym jej ten widelec podany z lewej strony wbił w ramię. Ale to ona jest tu kierowniczką zmiany. Nie ja. I na tym polega savoir vivre. Na tym polega standard. Miej kogoś w dupie w taki sposób, żeby jego i twoja kompetencja kulturowa nie mogła cię oskarżyć o niechęć, wrogość. Ważniejsze są konwenanse niż naturalne zachowania. To jest kolejna bariera. Dużo ich właściwie jest. To też całkiem normalne, bo zmęczeni do granic ludzie, którzy zarabiają na łasce ludzi, pracujących po 8 godzin ludzi z lepszych miejsc niż to, muszą czuć jakiś opór (i vice versa). Mogą zarabiać tyle samo. Nie ma to żadnego znaczenia. Hierarchia ma znaczenie.
A bez wyprasowanej koszuli jest się w hierarchii niżej niż cygan, który gra tę samą melodię. Ma wyprasowaną koszulę.
Zawsze byłem tu nie-swój. Ręce mi się trzęsły na początku przy spotkaniach z ludźmi, bo ich po prostu nie lubię i to jest chyba problem większy niż psychologiczny.
Nie lubię ich gry aktorskiej. Upadła klasa inteligencji rozszerza się nie tylko na przechlanych kelnerów i kelnerki. Bardziej na ludzi, którzy są gdzieś na szczycie hierarchii i muszą w zachowaniu pokazać znamiona własnej władzy. Sam proces odżywiania jest czymś bardziej rytualnym niż powinien być. Kultura zawłaszcza biologię robiąc z banalnego wpierdalania sztukę. Tego nigdy nie lubiłem. Jedzenie jest pretekstem by dalej poszerzać władzę. Na szczęście nie ma aż tak wielu takich ludzi, którzy przychodzą do restauracji nie po to, by zjeść, ale by sprawdzić poziom obsługi. Obsługa - idealne słowo. Markiz de Sade. Perwersja gastronomii. Gastrofilia.
Koszula wyprasowana. Trzeba iść na Rynek. I patrzeć w niebo. Bez żadnych alegorii. Można się zastanawiać i to jest pewnie plus. Albo minus. Miło patrzeć na Rynek. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, ale teraz wydaje mi się całkiem przyjemne. Nie muszę przechodzić przez tę całą tłuszczę turystów, chodzącymi jak saperzy po polach minowych, wypatrującymi jak napierdoleni Indianie znaków dymnów. To nie dla mnie. Ale obserwowanie zawsze było fajne. Obserwowanie ładnych kobiet, przechodzących przez Rynek. To już bardziej dla mnie. Obserwowanie polega na braku interakcji i to też chore. Co tu nie jest chore.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
az mi sie milo zrobilo czytajac ten blog. R.
OdpowiedzUsuń:D muszę to przeredagować, bo słabizna.
OdpowiedzUsuń