„Poszli całą zgrają, bo rodziny mają, o czym my nie mamy pojęcia, jak niektórzy powiadają, zadzwoniliśmy więc po nakrycie i jedzenie i wzięliśmy się od nowa za picie i palenie.”
Andros Zemenidis U Fotisa
Melina
Określenie ‘melina’ zabarwione jest pejoratywnie, lecz każdy z nich ma to głęboko w dupie. Leżą przed telewizorem na kanapach i fotelach, oglądając pierwsze od trzech dni wiadomości ze świata i polityki. Politykę i świat mają również w poważaniu.
Odpoczywają w domu Filipa, rozkoszując się kojącym błękitem scenografii faktów TVN, starając się przetrwać w półśnie do wyjazdu. Wszyscy ziewają, oglądając informacje o kryzysie finansowym, niektórzy z nich popijają herbatę, ktoś inny bierze prysznic, bo woda się nagrzała. Martwy Kaddafi wzbudza śmiech, jedynie kamerzysta nad zwłokami wywołuje niesmak.
- Ale chuj jebany... – mówi ktoś rozgoryczony.
- Co za skurwiały TVN! – kwituje ktoś inny.
Później pokazany jest reportaż, który przechodzi od tematu piłki nożnej, awarię zraszacza na stadionie, przez temat nagich ludzi, by spuentować wszystko rozmową z pszczelarzem, który tłumaczy, że pszczoły mogą się wkurwić.
- O co kurwa chodzi... – rzuca Ewa sennie.
Melina to stan umysłu. Uderzenie jest nagłe i przychodzi myśl, by wyjechać gdzieś z grupą ludzi, odciąć się i nie wychodzić na powierzchnię. Rozszerza się na następne umysły jak choroba, ludzi jest więcej, spotkania są częstsze i dłuższe. Spotykają się studenci dziennikarstwa, filmoznawstwa, architektury, filologii, niektórzy z tytułem magisterskim, inni z licencjatem.
- Mam dobry pomysł na biznes. Rozkręcić taki ekskluzywny burdel dla bogatych ludzi. – mówi Piotr.
- Ja dziś wpadłem na dobry plan na biznes. – wpada mu w słowo Michał. – Jechaliśmy samochodem i koło nas jechał Fiat Bravo, który miał matowo purpurowy kolor i wyglądał cudownie. Później stwierdziliśmy, że był to jednak brud. I żeby tak brudzić samochody, by lakier wyglądał jak matowy, za kasę.
- Pomysł dobry. – stwierdza Piotr.
Pomysły są zawsze dobre a powroty najgorsze, więc wszyscy oglądają jeszcze prognozę pogody i wiadomości sportowe, żeby odsunąć nieco godzinę wyjazdu.
Monika i Krystian wyjechali wcześnie rano, zostawili kartkę w kuchni i dopiero po kilku godzinach ktoś na kacu ją odczytał. Kłócili się dzień wcześniej, bo Krystian pił rano browary. Są małżeństwem. To całkiem logiczne, że była zła. Pokazywali wcześniej zdjęcia z wesela i Filip powiedział, że jedna osoba wygląda jak Mikołaj Grabowski a Michał zaczął jej szukać na zdjęciach. Nie zobaczył. Mało jest ludzi, wyglądających jak Mikołaj Grabowski.
Klimat chyba nie odpowiadał Monice. Też trudno się dziwić. Dwudniowe picie, całodniowe palenie papierosów, czy rozmowy o różnych kuriozach mogą nie być dla wszystkich idealnym rozwiązaniem spędzenia wolnego czasu. Sposób komunikacji również może wydawać się czymś dziwnym dla osób spoza Meliny.
- Zafuramy? – pyta Basia.
- Jakby się dało... – odpowiada Artur – Żeby był.
- Ja bym strącił chmurę. – wtrąca Piotr – maksymalnie sześć.
I wszyscy idą zapalić na werandę.
Melina jest alternatywą dla rodziny, różni ją epizodyczny charakter funkcjonowania, płynność i zmienny skład. Podobieństw też jest kilka. Poza tym Melina zawsze wychodzi dobrze na zdjęciach.
Na wyjeździe nikt nie miał aparatu i martwiło to Ewę, która w kolorycie lokalnym sytuacji a przede wszystkim fotogenicznych, leśnych okolicach upatrywała źródeł dobrych kadrów. Michał myślał bardziej o filmie o Melinie, choć Artur widział z tego bardziej literaturę.
- To byłby taki Slacker Linklatera – mówił Michał – są jacyś dziwni ludzie, którzy opowiadają jakieś historie. Pozornie nic się nie dzieje, ale jest w tym jakieś napięcie lekkie. No i opowieści. Mumblecore.
- Książka mogłaby się nazywać Wspomnienia z Meliny. – kwituje Artur.
Do tej pory większość spotkań (posiedzeń) odbywała się w mieście. Miasto ma swoje strefy demarkacyjne, punkty zapalne i barykady mieszkań, gdzie toczy się walka o każdy metr. Wilczur ma pysk porannych gazet, billboardów, rodzin z małymi dziećmi w wózkach, panów w ślicznych garniturach i codziennych harmonogramów.
Wszyscy mieli jakieś zajęcia, do których musieli wrócić, ale nikt nie przywiązywał do nich szczególnej uwagi. Praca i studia były tylko przykrą koniecznością, każdy zdawał sobie sprawę z faktu, że studia w niczym nie pomogą a nie ma sensu cieszyć się faktem, że ma się jakąś śmieciową pracę. Fakt taki należy zaakceptować i skoncentrować się na czymś, co powinno być istotne.
Melina pije wódkę, zastanawiając się, co tu jest tak naprawdę istotne. Nikt się nie śpieszy, każdy woli przemyśleć to dokładnie, choćby miało trwać to wiele miesięcy.
We wszystkim czuć atmosferę schyłku, new age, kryzys – cały multipleks kryzysów. Najlepiej przeczekać tornado, zamknąć się w bunkrze, wyjść dopiero, jak wszystko się uspokoi i zostaną tylko zgliszcza. Wiadomości dotyczące kryzysu przenikają wszystko, ciężko się uwolnić od ciągłej mantry informacyjnej, wszystko wali się jak domki z kart, można tylko spoglądać z werandy na zamglone z rana pola i konie leniwie spoglądające w niebo, trzymać szklankę z colą i wódką, palić papierosy i nigdzie się nie ruszać. Choć świat wydaje się odległy, musi w końcu zainterweniować, zwrócić się o wszystkich.
Ewa ma malinowe bletki a Piotrek trochę stuffu, jest sobota rano, siedzą na słońcu, palą jointa i Michał snuje refleksje o perspektywie konstrukcji systemu podniebnej akustyki, by można było słuchać ulubionych utworów. The dead flag blues Godspeed you! Black Emperor powinno lecieć z nieba, na szesnaście minut dwadzieścia osiem sekund przed końcem świata. Słońce liże wszystkich po szyjach, psy wylegują się na ciepłych deskach werandy, kawa z ekspresu jest rześka i ożywcza, rozmowy rozpływają się w oparach absurdu, dymu i wiatru, niosącego zapach lasu. Włosy Ewy są miękkie, rozgrzane od światła, usta mają malinowy posmak. Wszystko upłynnia się w bezczasie.
Jest niedziela i fakty TVN. Ciągłe reminiscencje, przypływy zdarzeń z ostatnich dni. Chęć uporządkowania wydarzeń, znalezienia jakiejś prawidłowości.
Jest sobota wieczór i kalambury filmowe. Każdy wymyśla najtrudniejsze tytuły świata. Filmy, których nikt nie oglądał. To brnięcie na oślep przez brak własnej kompetencji. Zwycięstwo to nie byle co, emocje sięgają zenitu, coraz więcej alkoholu.
Jest piątek godzina dwudziesta druga i przyjeżdża siedem osób z Krakowa: Asia, Ewa, Piotrek, Michał, Artur, Basia i Magda. Impreza na miejscu już trwa. Dom jest przestronny i wygodny. Wszyscy rzucają bagaże w salonie i czym prędzej biorą kieliszki. Rozmowy są chaotyczne, ale z każdym kieliszkiem wszyscy znajdują dogodny temat. Alkoholu nie brakuje. Tematów jest więc coraz więcej. Leją się jak z rękawa, nikt nie wylewa ich za kołnierz.
W niedzielę po południu wszyscy postanawiają zwiedzić okoliczne miasteczko. Jest pałac i rozległy park, choć nie jest najcieplej to wszyscy zgodnie stwierdzają, że spacer pomaga. Pełno rodzin z dziećmi obserwuje niedzielnych spacerowiczów, skacowanych wypłoszy, którzy przyjechali skądś indziej i straszą im dzieci, podpalają pałace, grabią domy i mordują zwierzęta hodowlane.
Wszyscy zgodnie stwierdzają, że obiad w McDonaldzie to jednak nieporozumienie, ale jest już za późno. Jedzenie trwa tyle, co jedno zdanie w powieści.
Cała historia jest jak zlepki rozmów, kawałki zdań, filtry z papierosów, niedopite piwa w puszce, pytania retoryczne, waciki do uszu. Nie ma i nie będzie przesłania. Fabuła zbyt pocięta, niedostatecznie skrystalizowana. Zakończenie jak zerwany film - nagłe i nieoczekiwane, pozostawiające pustkę i ból głowy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz