poniedziałek, 29 czerwca 2020

Godspeed You! Black Emperor

choć jesteśmy pod wpływem tak wielu narkotyków
ten pociąg stoi w ogniu
a globalizacja nigdy nie była tak odległa. w relacji
kraków-poznań

(2010)

posiadanie potomstwa jest niemoralne

Kontrowersyjny tytuł przyciągnął a kuku! 
A tu nie ma nic. Wszystko jest w tytule

niedziela, 28 czerwca 2020

2020 - dalej w sumie pamiętam tego świetlickiego, siedział przy barze

Nie jestem w 2020 roku już tak cyniczny jak w 2011 - jestem po prostu zniszczony. Głosuj na mnie: #TYLKA2020 Kandydat ludzi, którym nie jest wszystko jedno, ale są już zniszczeni. 

Hello world. Mamy 2020 rok, wczoraj przypomniałem sobie, że kiedyś zacząłem pisać bloga (konkretnie w 2010), dziś była pierwsza tura wyborów prezydenckich (już wczoraj w sumie) - Andrzej Duda zwyciężył i to, co można o nim powiedzieć, to nic nie można o nim mówić, bo są kary za obrazę głowy państwa. (Tu mógłby być ten żart o oderwaniu głowy i nasikaniu do szyi),
Przez te dziesięć lat wydarzyło się tyle, że skrótowo i bezpiecznie można powiedzieć, że o ile w 2010 roku jakoś to dźwięczało z tyłu głowy jak niechciany kawałek, to teraz już na piątym biegu na full regulatorze, nie licząc zysków ani strat, okrążamy i zmierzamy do zagłady świata. A jeśli drugi widać brzeg, heroina to najlepszy lek. Wróć... Coś pojebałem z tym tekstem.
Będzie ta zagłada oparta na efektach owej rewolucji przemysłowej, z której skorzystaliśmy nad wyraz pochopnie, ale jej rozłożenie w czasie doprowadzi pewnie do tego, co znamy już z przeszłości: dalszego wyzysku najsłabszych, ostatecznej dewastacji ekosystemów, wzmożonej emigracji, nowych form dyktatury. Zawsze już będzie to lato, słońce będzie tak mocno świecić a później mocniej i mocniej. Cywilizacyjny collapse jak climax.

Gdyby coś miało jeszcze to uratować, to na pewno myśl o radykalnej jedności ludzi w obliczu zagrożenia. Może ta myśl rozwinęłaby się w coś więcej, ale obawiam się, że jesteśmy tym zmęczonym rockmanem, który w pokoju hotelowym czeka, aż jego słabe serce przestanie bić. I może nie ma po co bić już, bo nie ma w nim nic. A jak swoim przepalonym i przepitym głosem zacznie krzyczeć do słuchawki "I'm dying here", to Diane z recepcji nie zdąży wezwać karetki, bo scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić i jej po prostu nie ma.
Ulicami i parkiem pełnym covidów-19 na kiju, fanów liberalnej demokracji i ich przeciwników, szerzej mówiąc Polaków szliśmy z Mają patrząc na chłopca jadącego na hulajnodze i powiedziałem: "patrz, jaki zajebisty gruby chłopak" a ona, że też zwróciła na niego uwagę. I w sumie on nie ma żadnej puenty, ale był serio spoko mały grubasek, ale mówię to też bez szejmingu, co go jeszcze nie znano w 2010.

niedziela, 6 listopada 2011

Oznaczony 44

któregoś dnia ten portal będzie należeć do mnie
na razie klikam na razie patrzę na razie mysz swą pieszczę
kursorem najeżdżam na twarze

oznaczony oznaczony
oznaczyli mnie na zdjęciu
nic o tym nie wiem przeglądam pocztę
groupon wiagra discounty

któregoś dnia neostradą nadejdzie mail od hakerów
w pięciu zdaniach dwudziestu słowach i zapytają
czy to ja jestem tylka
a ja wtedy włączę stronę główną i będę wskazywać
kursorem
tego
tego
tego
tamtą
tego zbanować
tamtą wylogować
wszystkich!

facebook nasza klasa
sodoma z gomorą
sodomę i gomorę przełącza się kliknięciem

oznaczony oznaczony
oznaczyli mnie na zdjęciu
nic o tym nie wiem przeglądam pocztę
groupon wiagra discounty

niedziela, 30 października 2011

Melina cz. 1

„Poszli całą zgrają, bo rodziny mają, o czym my nie mamy pojęcia, jak niektórzy powiadają, zadzwoniliśmy więc po nakrycie i jedzenie i wzięliśmy się od nowa za picie i palenie.”
Andros Zemenidis U Fotisa

Melina

Określenie ‘melina’ zabarwione jest pejoratywnie, lecz każdy z nich ma to głęboko w dupie. Leżą przed telewizorem na kanapach i fotelach, oglądając pierwsze od trzech dni wiadomości ze świata i polityki. Politykę i świat mają również w poważaniu.
Odpoczywają w domu Filipa, rozkoszując się kojącym błękitem scenografii faktów TVN, starając się przetrwać w półśnie do wyjazdu. Wszyscy ziewają, oglądając informacje o kryzysie finansowym, niektórzy z nich popijają herbatę, ktoś inny bierze prysznic, bo woda się nagrzała. Martwy Kaddafi wzbudza śmiech, jedynie kamerzysta nad zwłokami wywołuje niesmak.
- Ale chuj jebany... – mówi ktoś rozgoryczony.
- Co za skurwiały TVN! – kwituje ktoś inny.
Później pokazany jest reportaż, który przechodzi od tematu piłki nożnej, awarię zraszacza na stadionie, przez temat nagich ludzi, by spuentować wszystko rozmową z pszczelarzem, który tłumaczy, że pszczoły mogą się wkurwić.
- O co kurwa chodzi... – rzuca Ewa sennie.
Melina to stan umysłu. Uderzenie jest nagłe i przychodzi myśl, by wyjechać gdzieś z grupą ludzi, odciąć się i nie wychodzić na powierzchnię. Rozszerza się na następne umysły jak choroba, ludzi jest więcej, spotkania są częstsze i dłuższe. Spotykają się studenci dziennikarstwa, filmoznawstwa, architektury, filologii, niektórzy z tytułem magisterskim, inni z licencjatem.
- Mam dobry pomysł na biznes. Rozkręcić taki ekskluzywny burdel dla bogatych ludzi. – mówi Piotr.
- Ja dziś wpadłem na dobry plan na biznes. – wpada mu w słowo Michał. – Jechaliśmy samochodem i koło nas jechał Fiat Bravo, który miał matowo purpurowy kolor i wyglądał cudownie. Później stwierdziliśmy, że był to jednak brud. I żeby tak brudzić samochody, by lakier wyglądał jak matowy, za kasę.
- Pomysł dobry. – stwierdza Piotr.
Pomysły są zawsze dobre a powroty najgorsze, więc wszyscy oglądają jeszcze prognozę pogody i wiadomości sportowe, żeby odsunąć nieco godzinę wyjazdu.
Monika i Krystian wyjechali wcześnie rano, zostawili kartkę w kuchni i dopiero po kilku godzinach ktoś na kacu ją odczytał. Kłócili się dzień wcześniej, bo Krystian pił rano browary. Są małżeństwem. To całkiem logiczne, że była zła. Pokazywali wcześniej zdjęcia z wesela i Filip powiedział, że jedna osoba wygląda jak Mikołaj Grabowski a Michał zaczął jej szukać na zdjęciach. Nie zobaczył. Mało jest ludzi, wyglądających jak Mikołaj Grabowski.
Klimat chyba nie odpowiadał Monice. Też trudno się dziwić. Dwudniowe picie, całodniowe palenie papierosów, czy rozmowy o różnych kuriozach mogą nie być dla wszystkich idealnym rozwiązaniem spędzenia wolnego czasu. Sposób komunikacji również może wydawać się czymś dziwnym dla osób spoza Meliny.
- Zafuramy? – pyta Basia.
- Jakby się dało... – odpowiada Artur – Żeby był.
- Ja bym strącił chmurę. – wtrąca Piotr – maksymalnie sześć.
I wszyscy idą zapalić na werandę.
Melina jest alternatywą dla rodziny, różni ją epizodyczny charakter funkcjonowania, płynność i zmienny skład. Podobieństw też jest kilka. Poza tym Melina zawsze wychodzi dobrze na zdjęciach.
Na wyjeździe nikt nie miał aparatu i martwiło to Ewę, która w kolorycie lokalnym sytuacji a przede wszystkim fotogenicznych, leśnych okolicach upatrywała źródeł dobrych kadrów. Michał myślał bardziej o filmie o Melinie, choć Artur widział z tego bardziej literaturę.
- To byłby taki Slacker Linklatera – mówił Michał – są jacyś dziwni ludzie, którzy opowiadają jakieś historie. Pozornie nic się nie dzieje, ale jest w tym jakieś napięcie lekkie. No i opowieści. Mumblecore.
- Książka mogłaby się nazywać Wspomnienia z Meliny. – kwituje Artur.
Do tej pory większość spotkań (posiedzeń) odbywała się w mieście. Miasto ma swoje strefy demarkacyjne, punkty zapalne i barykady mieszkań, gdzie toczy się walka o każdy metr. Wilczur ma pysk porannych gazet, billboardów, rodzin z małymi dziećmi w wózkach, panów w ślicznych garniturach i codziennych harmonogramów.
Wszyscy mieli jakieś zajęcia, do których musieli wrócić, ale nikt nie przywiązywał do nich szczególnej uwagi. Praca i studia były tylko przykrą koniecznością, każdy zdawał sobie sprawę z faktu, że studia w niczym nie pomogą a nie ma sensu cieszyć się faktem, że ma się jakąś śmieciową pracę. Fakt taki należy zaakceptować i skoncentrować się na czymś, co powinno być istotne.
Melina pije wódkę, zastanawiając się, co tu jest tak naprawdę istotne. Nikt się nie śpieszy, każdy woli przemyśleć to dokładnie, choćby miało trwać to wiele miesięcy.
We wszystkim czuć atmosferę schyłku, new age, kryzys – cały multipleks kryzysów. Najlepiej przeczekać tornado, zamknąć się w bunkrze, wyjść dopiero, jak wszystko się uspokoi i zostaną tylko zgliszcza. Wiadomości dotyczące kryzysu przenikają wszystko, ciężko się uwolnić od ciągłej mantry informacyjnej, wszystko wali się jak domki z kart, można tylko spoglądać z werandy na zamglone z rana pola i konie leniwie spoglądające w niebo, trzymać szklankę z colą i wódką, palić papierosy i nigdzie się nie ruszać. Choć świat wydaje się odległy, musi w końcu zainterweniować, zwrócić się o wszystkich.
Ewa ma malinowe bletki a Piotrek trochę stuffu, jest sobota rano, siedzą na słońcu, palą jointa i Michał snuje refleksje o perspektywie konstrukcji systemu podniebnej akustyki, by można było słuchać ulubionych utworów. The dead flag blues Godspeed you! Black Emperor powinno lecieć z nieba, na szesnaście minut dwadzieścia osiem sekund przed końcem świata. Słońce liże wszystkich po szyjach, psy wylegują się na ciepłych deskach werandy, kawa z ekspresu jest rześka i ożywcza, rozmowy rozpływają się w oparach absurdu, dymu i wiatru, niosącego zapach lasu. Włosy Ewy są miękkie, rozgrzane od światła, usta mają malinowy posmak. Wszystko upłynnia się w bezczasie.
Jest niedziela i fakty TVN. Ciągłe reminiscencje, przypływy zdarzeń z ostatnich dni. Chęć uporządkowania wydarzeń, znalezienia jakiejś prawidłowości.
Jest sobota wieczór i kalambury filmowe. Każdy wymyśla najtrudniejsze tytuły świata. Filmy, których nikt nie oglądał. To brnięcie na oślep przez brak własnej kompetencji. Zwycięstwo to nie byle co, emocje sięgają zenitu, coraz więcej alkoholu.
Jest piątek godzina dwudziesta druga i przyjeżdża siedem osób z Krakowa: Asia, Ewa, Piotrek, Michał, Artur, Basia i Magda. Impreza na miejscu już trwa. Dom jest przestronny i wygodny. Wszyscy rzucają bagaże w salonie i czym prędzej biorą kieliszki. Rozmowy są chaotyczne, ale z każdym kieliszkiem wszyscy znajdują dogodny temat. Alkoholu nie brakuje. Tematów jest więc coraz więcej. Leją się jak z rękawa, nikt nie wylewa ich za kołnierz.
W niedzielę po południu wszyscy postanawiają zwiedzić okoliczne miasteczko. Jest pałac i rozległy park, choć nie jest najcieplej to wszyscy zgodnie stwierdzają, że spacer pomaga. Pełno rodzin z dziećmi obserwuje niedzielnych spacerowiczów, skacowanych wypłoszy, którzy przyjechali skądś indziej i straszą im dzieci, podpalają pałace, grabią domy i mordują zwierzęta hodowlane.
Wszyscy zgodnie stwierdzają, że obiad w McDonaldzie to jednak nieporozumienie, ale jest już za późno. Jedzenie trwa tyle, co jedno zdanie w powieści.
Cała historia jest jak zlepki rozmów, kawałki zdań, filtry z papierosów, niedopite piwa w puszce, pytania retoryczne, waciki do uszu. Nie ma i nie będzie przesłania. Fabuła zbyt pocięta, niedostatecznie skrystalizowana. Zakończenie jak zerwany film - nagłe i nieoczekiwane, pozostawiające pustkę i ból głowy.

czwartek, 1 września 2011

"Strachy" - roboczy tytuł

AKT I

Scena 1

AUTOR siedzi na krześle. Na scenę wchodzi PAN A.

PAN A.


Bo wiesz, to jest trochę tak, jak spotkanie opłatkowe dla muzułmanów i Żydów. Te rekolekcje dla niewierzących. Jak granie muzyki dla głuchych. O! Dobry przykład. Ty wiesz, co taki głuchy sobie myśli, jak widzi muzyków? Cały zespół rockowy. jeden trzęsie grzywą, drugi ryczy do mikrofonu, trzeci skacze z basem a czwarty na perkusji macha rękami. Otóż myśli sobie – może i jestem głuchy, ale przynajmniej nie popierdolony. I dziękuje Bogu (jak wierzy). Wybierasz sobie prywatną abstrakcję i nikt cię nie przekona, że jego abstrakcja jest lepsza. Rekolekcje dla niewierzących mogą być dla zbuntowanych dziewczynek w podkoszulku Nirvany, które żeby zrobić na złość mamie idą na te rekolekcje żeby im nie było źle, że opuściły mszę...

(chodzi nerwowo)

Te rekolekcje to zamach na naszą świętą (dobre słowo) wolność. Możesz nie iść - jasne. To zwykłe zawłaszczenie mojego wyboru. Ja nie mówię ci, co masz robić. Mówię ci?

(chwytając Autora za koszulę)

Mówię ci, że masz nie wierzyć?

Autor

Nie!

Pan a.

Chociaż powinienem... Ateizm! To jest to, czego potrzebuje ten świat. To jest idea. Ale ty jej nie pojmiesz, jesteś tylko żałosną kreaturą. Chociaż czy ty w ogóle wierzysz? Nawet nie chodzisz do kościoła, nie odmawiasz modlitwy, nie masz swojego pomnika z papieżem, poduszki w kościele, nie masz swojej książeczki z modlitwami kreaturo, coraz bardziej chce mi się rzygać, jak cię widzę. Brakuje ci jednej jawnej deklaracji. Bardzo prostej. Nie żadnego "może". Silny człowiek się nie waha. Silny człowiek naciska spust. Albo go nie naciska. Wahają się tylko słabi. Tchórze. Jesteś tchórzem. Tak.

(klęka na kolanach)

Powiedz mi, wierzysz? Czy nie. Błagam...

(wstaje i łapie go za koszulę)

Wierzysz, czy nie? Masz pięć sekund na odpowiedź. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden... Zero... Jeden czy zero!

Autor

Wierzę... że nie istniejesz.

Światło gaśnie na chwilę.

SCENA 2

Zapala się ponownie. Siedzi sam Autor.

to tyle o filmie

It’s just a bad movie, where there’s no crying
handing the keys to me in this Red Lion,
where the lock that you locked in the suite says there’s no prying.
When the breath that you breathed in the street screams there’s no science.
When you look how you looked then to me, then I cease lying and fall into silence.

It’s just a life story, so there’s no climax.
No more new territory, so pull away the imax.
In the slot that you sliced through the scene there was no shyness.
In the plot that you passed through your teeth there was no pity.
No fade in: film begins on a kid in the big city.
And no cut to a costly parade (that’s for him only!).
No dissolve to a sliver of grey (that’s his new lady!)
where she glows just like grain on the flickering pane of some great movie. (Hey, I'd watch it!)

It’s just a house burning, but it’s not haunted.
It was your heart hurting, but not for too long, kid.
In the socket you spin from with ease there is no sticking.
From the speakers your fake masterpiece comes serenely dribbling.
When the air around your chair fills with heat, that’s the flames licking
beneath the clock on the clean mantelpiece. It’s got a calm clicking,
like a pro at his editing suite takes two weeks stitching up some bad movie.

(Okkervil River - Our life is not a movie or maybe)