Wczoraj na Nurcie w Kielcach oglądałem w bloku filmów dokumentalnych "Polska na plusie" (WTF?) 3 filmy. Pierwszy z nich - "Kern" w reżyserii Grzegorza Królikiewicza to potwór wręcz kosmiczny, przy którym Godzilla jest ledwie pluszakiem - chujowo zmontowany, nakręcony i wyreżyserowany równie tragicznie paszkwil - a zdaniem twórców portret Andrzeja Kerna "człowieka nie rezygnującego ze swych ideałów i zapamiętałego w walce." (na temat postaci Kerna się nie wypowiadam). Ultra pisowski materiał, który bardziej atakuje innych niż pokazuje cnoty głównego bohatera, w którym ścieżka dźwiękowa z VHSów przemieszana jest z alegorycznie gównianymi przebitkami, które zdaniem upośledzonych twórców poszerzają interpretacje(nie znajduje innego określenia). Coś tragicznego we wszystkich aspektach.
Wszystko przeszłoby bez echa gdyby nie następny film pt. "Balcerowicz - Gra o wszystko" w reżyserii Andrzeja Fidyka i Anny Więckowskiej - film z kolei przesiąknięty biegunowo liberalną, kapitalistyczną apoteozą. Film faktycznie dużo sprawniej zrealizowany, miejscami zabawny i przekrojowy, wychwalający Balcerowicza (na temat Balcerowicza się nie wypowiadam). Pierwszy z dokumentów atakuje Mazowieckiego o "próbę zabójstwa Kerna" i chęć zarobienia na transformacji - drugi mówi o wielkim talencie politycznym Mazowieckiego i potrzebie i trudach transformacji. I tak we wszystkich aspektach.
Zastanawia mnie to, co robią polscy dokumentaliści. Po co pchać się, za przeproszeniem, w gówno? Manifestować poglądy? Być kontrowersyjnym? Zrażać i jednocześnie zyskiwać uznanie? Świetnie, że te dwa filmy były puszczone po sobie, bo sam ich wybór pokazuje jak daremną rzeczą jest budowanie pomników i ich obalanie.
Dokument jest rzeczą wprost skrojoną do wszelkiej maści podszywania ideologii - rzecz to powszechnie znana już od czasów bolszewickich, ale widzę, że nadal komuś to sprawia przyjemność.
Chyba, że każdy z nich będzie się składał z biegunowych części radykałów Czerni i radykałów Bieli, wtedy może w gównianej szarości całości kompozycji będzie wyglądał prawdziwie.
Podsumowując: Spierdalać z dokumentalnym filmem politycznym pospołu!
piątek, 26 listopada 2010
środa, 24 listopada 2010
Wielki Sen Bogarta (fragment)
Bohater siedzi więc dalej w samotności, dochodzi godzina osiemnasta, dopił już kawę, coraz więcej ludzi gromadzi się w kawiarni. Matowym głosem zamawia podwójne whisky i kupuje nowe papierosy, nie chce wracać jeszcze do domu, kolejna paczka się skończyła, coraz więcej pali, musi uważać na raka krtani, rak krtani czyha na Bogarta, ale są gorsze rzeczy niż rak krtani, zło się tu gdzieś czai, łyk whisky, żeby pozbierać myśli, skrystalizować bezcielesne zło, które gdzieś tu musi być, w oddechach, oparach, dymie, na zdjęciach, w twarzach i spojrzeniach. Ktoś włączył głośno muzykę, basy nie do zniesienia, co to kurwa jest, pomyślał, nie graj tego ani razu więcej, Sam.
Obraz powoli zaczyna rozpływać się w dowolniejsze formy, zmieniać swoją fakturę, z każdym łykiem whisky, kontury rozmywają się, głosy dochodzą przytłumione, muzyka jak szalona mantra elektronicznych uderzeń, jak zacięta płyta, deszcz za oknem to wskazówki zegarka, pokazuje, że czas się nie zatrzymał. Nic się tu dziś nie wydarzy. Czas iść do domu, ale nie wiadomo dlaczego nie wstaje i nie wychodzi, tylko siedzi bez celu. Coraz więcej ludzi, jest ich już tyle, że twarze zaczynają się roztapiać w bryły geometryczne bez cech charakterystycznych, ludzkich. Szuka w tłumie kogoś znajomego, do którego mógłby się dosiąść, ale tu już nie ma żadnych ludzi, są tylko potwory a może to on jest potworem i wydaje mu się, że to oni, bo są inni od niego, inaczej ubrani i uśmiechnięci, nie mają zębów tak żółtych od papierosów i cery tak wysuszonej, myśli pochmurnych, są młodzi i hałaśliwi, być może to inny gatunek ludzi, jeżeli coś takiego istnieje, urodzeni w innych czasach niż on, oglądający inne filmy, oni nawet nie wiedzą kim był Bogart, kim jest Bogart, tak myśli Bohater i nagle dostrzega znajomą twarz wykrzywioną grymasem.
Obraz powoli zaczyna rozpływać się w dowolniejsze formy, zmieniać swoją fakturę, z każdym łykiem whisky, kontury rozmywają się, głosy dochodzą przytłumione, muzyka jak szalona mantra elektronicznych uderzeń, jak zacięta płyta, deszcz za oknem to wskazówki zegarka, pokazuje, że czas się nie zatrzymał. Nic się tu dziś nie wydarzy. Czas iść do domu, ale nie wiadomo dlaczego nie wstaje i nie wychodzi, tylko siedzi bez celu. Coraz więcej ludzi, jest ich już tyle, że twarze zaczynają się roztapiać w bryły geometryczne bez cech charakterystycznych, ludzkich. Szuka w tłumie kogoś znajomego, do którego mógłby się dosiąść, ale tu już nie ma żadnych ludzi, są tylko potwory a może to on jest potworem i wydaje mu się, że to oni, bo są inni od niego, inaczej ubrani i uśmiechnięci, nie mają zębów tak żółtych od papierosów i cery tak wysuszonej, myśli pochmurnych, są młodzi i hałaśliwi, być może to inny gatunek ludzi, jeżeli coś takiego istnieje, urodzeni w innych czasach niż on, oglądający inne filmy, oni nawet nie wiedzą kim był Bogart, kim jest Bogart, tak myśli Bohater i nagle dostrzega znajomą twarz wykrzywioną grymasem.
czwartek, 11 listopada 2010
Cranford Nix is dead
Cranford Nikt
pozostaną filmy
na youtube komentarze
znajomych pod zdjęciami [*] relacje z libacji
których nie pamiętam
skrzętnie opisane na facebooku
konta internetowe i adres mailowy
w którym po latach zbierze się tona spamu
i maile od dawno nieżywych znajomych
parę kawałków nagranych dyktafonem nad ranem
po przechlanych dwóch dniach wszystko słychać
jak podgłośnisz i zamkniesz okna
coś poszło źle ale jeszcze do tego nie doszedłem
na razie upadłem jutro będzie lepiej
jutro i wczoraj zawsze jest lepiej
tylko dziś jest zły dzień
jestem Cranford Nix i zaśpiewam wam hymn do Klonazepamu
wzruszającą balladę o heroinie i dziwce chorej na AIDS
poznałem ją wczoraj niezła historia
możesz dać że lubisz
W tamtym roku mieliśmy próby z Zespołem Corsakova w salce w kamienicy przy ulicy Starowiślnej. Podczas pierwszej próby w tej sali zrobiliśmy klasyczną, uświeconą tradycją libację, na którą przyszedł amerykański muzyk - stary rockman, który mieszkał w tej kamienicy. Gość okazał się być rekordzistą Guinnesa w długości grania koncertu - Alex Carlin (bo tak się nazywa) zagrał 32 godzinny koncert, podczas którego zagrał między innymi wszystkie kawałki Beatlesów. W każdym razie na tamtej imprezie zaczął grać bardzo ciekawy utwór, którego wcześniej nie słyszałem. Beatlesowski klimat, ale tekst dość dziwny. Zapamiętałem tylko pierwsze wersy: "My girlfriend killed herself last night..."
Na drugi dzień znalazłem na necie stronę Alexa - www.alexrock.prv.pl, gdzie można było usłyszeć właśnie utwór "My girfriend is dead", jednak nie było żadnych informacji na temat oryginalnego autora(teraz już są). Zgooglowałem tytuł i przez wiele nic nie znaczących wyników odnalazłem nareszcie autora - Cranforda Nixa.
http://www.cranfordnix.com/ na tej stronie można znaleźć większość zachowanych nagrań Cranforda Nixa.
Po kolei zacząłem odsłuchiwać wszystkie zgromadzone utwory na stronie. Większość z nich jest w fatalnej jakości, większość kawałków zagrana było nierówno i z fałszami, ale to było coś. Tematem większości utworów jest życie ulicznego muzyka, libacje, imprezy, wreszcie ćpanie, czy odwyk. Wszystko spisane prosto, bez nadęcia i szczerze. Byłem w coraz większym szoku, że taki człowiek jest zupełnie nieznany. Znalazłem wreszcie więcej informacji na jego temat i wywiad-koncert na youtube, w którym Cranford z jakąś starą, straszną babą rozmawia o swoim uzależnieniu od heroiny(jako wyleczony) i gra swoje najbardziej znane utwory (m.in. Suicide or alcohol, Met a girl at N.A., czy Cigarettes and Heroin). Wywiad z 1996 roku.
http://www.youtube.com/watch?v=21Bn-ceAUwI&feature=related
Odnalazłem wreszcie informację, że Cranford Nix zmarł w 2002 roku w wyniku przedawkowania heroiny. Coraz bardziej ta muzyka wydawała mi się niezwykła, brudna i chaotyczna, ale też niesamowicie prawdziwa i bezkompromisowa. Na pewno nieznana. Ciężko znaleźć jedno studyjne nagranie w dobrej jakości, informacje na internecie z reguły są wspomnieniami znajomych z Californii(tam mieszkał podobno w samochodzie), dlatego najlepiej oprzeć się pewnie na jego tekstach piosenek.
A wracając do udziału Alexa Carlina w całym wydarzeniu. Okazało się, że grali razem w (podobno kultowej) formacji punkowej the Malakas, w której Cranford Nix był wokalistą.
http://www.youtube.com/watch?v=XOF9u5jS8k4
pozostaną filmy
na youtube komentarze
znajomych pod zdjęciami [*] relacje z libacji
których nie pamiętam
skrzętnie opisane na facebooku
konta internetowe i adres mailowy
w którym po latach zbierze się tona spamu
i maile od dawno nieżywych znajomych
parę kawałków nagranych dyktafonem nad ranem
po przechlanych dwóch dniach wszystko słychać
jak podgłośnisz i zamkniesz okna
coś poszło źle ale jeszcze do tego nie doszedłem
na razie upadłem jutro będzie lepiej
jutro i wczoraj zawsze jest lepiej
tylko dziś jest zły dzień
jestem Cranford Nix i zaśpiewam wam hymn do Klonazepamu
wzruszającą balladę o heroinie i dziwce chorej na AIDS
poznałem ją wczoraj niezła historia
możesz dać że lubisz
W tamtym roku mieliśmy próby z Zespołem Corsakova w salce w kamienicy przy ulicy Starowiślnej. Podczas pierwszej próby w tej sali zrobiliśmy klasyczną, uświeconą tradycją libację, na którą przyszedł amerykański muzyk - stary rockman, który mieszkał w tej kamienicy. Gość okazał się być rekordzistą Guinnesa w długości grania koncertu - Alex Carlin (bo tak się nazywa) zagrał 32 godzinny koncert, podczas którego zagrał między innymi wszystkie kawałki Beatlesów. W każdym razie na tamtej imprezie zaczął grać bardzo ciekawy utwór, którego wcześniej nie słyszałem. Beatlesowski klimat, ale tekst dość dziwny. Zapamiętałem tylko pierwsze wersy: "My girlfriend killed herself last night..."
Na drugi dzień znalazłem na necie stronę Alexa - www.alexrock.prv.pl, gdzie można było usłyszeć właśnie utwór "My girfriend is dead", jednak nie było żadnych informacji na temat oryginalnego autora(teraz już są). Zgooglowałem tytuł i przez wiele nic nie znaczących wyników odnalazłem nareszcie autora - Cranforda Nixa.
http://www.cranfordnix.com/ na tej stronie można znaleźć większość zachowanych nagrań Cranforda Nixa.
Po kolei zacząłem odsłuchiwać wszystkie zgromadzone utwory na stronie. Większość z nich jest w fatalnej jakości, większość kawałków zagrana było nierówno i z fałszami, ale to było coś. Tematem większości utworów jest życie ulicznego muzyka, libacje, imprezy, wreszcie ćpanie, czy odwyk. Wszystko spisane prosto, bez nadęcia i szczerze. Byłem w coraz większym szoku, że taki człowiek jest zupełnie nieznany. Znalazłem wreszcie więcej informacji na jego temat i wywiad-koncert na youtube, w którym Cranford z jakąś starą, straszną babą rozmawia o swoim uzależnieniu od heroiny(jako wyleczony) i gra swoje najbardziej znane utwory (m.in. Suicide or alcohol, Met a girl at N.A., czy Cigarettes and Heroin). Wywiad z 1996 roku.
http://www.youtube.com/watch?v=21Bn-ceAUwI&feature=related
Odnalazłem wreszcie informację, że Cranford Nix zmarł w 2002 roku w wyniku przedawkowania heroiny. Coraz bardziej ta muzyka wydawała mi się niezwykła, brudna i chaotyczna, ale też niesamowicie prawdziwa i bezkompromisowa. Na pewno nieznana. Ciężko znaleźć jedno studyjne nagranie w dobrej jakości, informacje na internecie z reguły są wspomnieniami znajomych z Californii(tam mieszkał podobno w samochodzie), dlatego najlepiej oprzeć się pewnie na jego tekstach piosenek.
A wracając do udziału Alexa Carlina w całym wydarzeniu. Okazało się, że grali razem w (podobno kultowej) formacji punkowej the Malakas, w której Cranford Nix był wokalistą.
http://www.youtube.com/watch?v=XOF9u5jS8k4
niedziela, 31 października 2010
"Bo to jest bracie wojna" - o mariażu filmu z książką
Ciężką rzeczą jest napisać dobry tekst o dziele sztuki, które kwestionuje sam język, proces komunikacji i wszelkie narzędzia krytyczne, których miarą jesteśmy w stanie go ocenić. Takim dziełem z pewnością jest powieść "Wojna Polsko-Ruska pod flagą biało-czerwoną" Masłowskiej i jej filmowa adaptacja Xawerego Żuławskiego. Nie oznacza to, oczywiście, że to niemożliwe.
Zacząłem nie bez przyczyny właśnie o pewnej specyfice dzieła, które sprawia, że są to dzieła nierozumiane, ignorowane przez wiele środowisk krytycznych (choć nie wszystkie), zarzucających mu, że "Niby twórcy zostawili tu i ówdzie parę 'intelektualnych' śladów, ale jakby podrapać mocniej, to za artystowską farbką nie znajdzie się nic ciekawego." (Muszyński o filmie Żuławskiego). Odpuszczę sobie w tym momencie więcej recenzji w podobnym guście, mówiących na dodatek jeszcze o dziwnych zabawach postmodernistycznych, manieryzmie, pretensjonalności etc. Zasadniczym ich elementem jest podkreślenie zdziwienia przyjętą formą - słowem 'dlaczego to wygląda tak, a nie inaczej?'. Nie mnie tu oceniać, czy to rewelacyjna kompetencja (albo jej brak) u krytyków lub rzeczywiście manieryczny charakter Żuławskiego (co ciekawe zawsze dostaje się od razu seniorowi Żuławskiemu, tak jakby od razu upatrywano w nim głównego sprawcę również twórczości syna). Chciałbym w tym tekście przede wszystkim skoncentrować się na tych elementach "pod farbką" Muszyńskiego - a właściwie udowodnić, że coś pod nią jest i niekoniecznie musi to być intelektualizm w wyraźnym cudzysłowie w jaki opatrzył go 'prowadzący' programów kulturalnych (ironia).
Szyc w filmie mówi 150 razy 'kurwa' - to jest fakt, często odnotowywany, łatwy do udokumentowania i pewnie (nie liczyłem) bezsprzeczny. Mówi również jako Silny wiele rzeczy zbędnych, niepotrzebnych i bez większej logiki. Zmierzam jednak paradoksalnie do stwierdzenia, że właśnie ten dialog, rwany i wulgarny, nielogiczny i wypaczony jest integralnym elementem konstrukcji i wyrazem siły tego filmu.
Szkatułkowa forma opowieści, w której Masłoska tworzy swoje postaci i sama jednocześnie staje się postacią literacką, jest właściwie wielkim pytaniem na temat aktu tworzenia, który przybiera tu (na poziomie historii Silnego) formę budowania własnej podmiotowości i świadomości, czyli związanego z tym dorastania. Pesymistyczny jest jego wydźwięk. Bohaterowie mówią językiem zaczerpniętym z otoczenia, reklam, teleturniejów, filmów, stereotypów, powtarzanych i wpajanych im przez rodziców (rozmowa o studiach). Masłowska pokazuje portret generacji, która nie ma własnego języka, ba, nie ma nawet własnej świadomości. Słowo jest tu fastfoodem przyswajanym momentalnie, bez zbędnych refleksji i wydalanym równie szybko(dobre słowo). W jednej z ostatnich scen filmu Silny stoi na balkonie 'swojego' wymarzonego domu a w tle słychać wstęp piosenki Dżemu "List do M.". Jest to klarowne przesłanie. Konflikt pokoleniowy urósł do ogromnych rozmiarów, pozostałością po rodzicach jest sama (zapewne przez nich) wytworzona wizja domu niż jego realna obecność. Matka ma na bohatera wpływ paradoksalnie przez nieobecność. Bardziej jest on więc piętnem niż elementem budowania psychiki Silnego. Bohaterowie poprzez kompletną dekonstrukcję mowy, nie są w stanie oddać swoich emocji, uzewnętrzenić się, samookreślić. Dlatego jawią się bardziej jako komiksowe postaci niż żywi ludzie, z którymi można się utożsamić. Jest to bodaj najpoważniejszy zarzut. W ostatnim (iście Hamletowskim) monologu Silnego, nie jest on w stanie określić, czy żyje, czy też nie. Następuje kompletny rozpad świadomości. Po raz kolejny paradoksalnie trzeba stwierdzić, że strumień świadomości u Masłowskiej jest właściwie ukazaniem jego braku. Tytułowa wojna jest kolejnym memem, jakimś łatwo przełkniętym stwierdzeniem a przede wszystkim rewelacyjną metaforą tego, co dzieje się w życiu bohaterów. Coś się rozgrywa, chociaż nie wiedzą dokładnie, o co chodzi. Wiedzą również, że ma to jakiś wpływ - dobry, czy zły wydaje się sprawą otwartą. W każdej jednak sytuacji brakuje im podstawowej refleksji. Stąd wywodzi się też cała groteskowość powieści i filmu.
Na drugim poziomie odbioru historii (historii samej Masłoskiej, piszącej powieść) należy wspomnieć scenę kluczową - spotkanie Masłoskiej i Silnego. Zabawnie ukazany dresiarz, który przez chwilę zdaje się być właśnie typowym chamem z blokowiska już po chwili znowu zostaje odarty z maski. Znów jest tylko wytworem literackim, przestaje być postacią z krwi i kości. Autorka odziera go z tego, co zdawało mu się jest nim: jego tożsamość jest maską, którą wcale nietrudno ściągnąć, bo jego motywacje i uwarunkowania psychiczne mają bardzo nieskomplikowany rodowód. Jest w nim więcej czegoś zewnętrznego niż Jego osobowości. Masłowska nie wymyśla nic nowego, ale bawi się tą koncepcją i rozwija ją o kilka interesujących aspektów. Przede wszystkim jednak motywuje tym wolność do tworzenia fikcji i broni tak swoich komiksowych bohaterów: ich oniryzm i nierzeczywistość. Są fikcyjni i przebarwieni, bo takich ich stworzyła - tak samo pokierował aktorów Żuławski. Szyc przekształca się od komiksowego Silnego obdarzonego nadnaturalnymi siłami, poprzez agresywnego dresiarza i wandala do de Mussetowskiego "dziecięcia wieku" - zawsze jest jednak skonwencjonalizowany, bardziej fikcyjny niż rzeczywisty. I taki też ma być. Podobnie Sonia Bohosiewicz, czy Maria Strzelecka.
Również sposób obrazowania w filmie nawiązuje do podobnych zjawisk w kulturze (twórczości Tarantino, komiksu, Bunuela, czy nawet twórczości Sławka Shutego lub Totartowskich happeningów i szeroko rozumianego zainteresowania kampem). Wszystko tu jest przerysowane, bo fabułą utworu jest właśnie Fabuła. Styl Masłowskiej nie jest przeźroczysty i taki też jest styl filmowy Żuławskiego.
Człowiek, który w zasadniczym stopniu przyczynił się do wydania powieści Doroty Masłowskiej, czyli Marcin Świetlicki napisał swego czasu:
"Bo to jest bracie wojna, jak Legia i Polonia, jak Wisła i Cracovia, jak Staś i Nell". Nie wiem, dlaczego, ale te słowa jakoś oddają całą atmosferę, która rozgrywa się wokół Wojny. Z jednej strony Masłowska i Żuławski - postaci oryginalne i kontrowersyjne z drugiej krytycy nastawieni wrogo do 'grafomańskich' i 'chimerycznych' dzieł, które wnoszą jednak dużą świeżość zarówno w dziedzinie literatury (po kilku latach już bezsprzecznie) i filmu. Każdy ma swoje racje, więc i tak dyskusja nie ma większego sensu. Mam nadzieję, że tekst sprawi, że ktoś zainteresuje się bardziej tym zjawiskiem.
Zacząłem nie bez przyczyny właśnie o pewnej specyfice dzieła, które sprawia, że są to dzieła nierozumiane, ignorowane przez wiele środowisk krytycznych (choć nie wszystkie), zarzucających mu, że "Niby twórcy zostawili tu i ówdzie parę 'intelektualnych' śladów, ale jakby podrapać mocniej, to za artystowską farbką nie znajdzie się nic ciekawego." (Muszyński o filmie Żuławskiego). Odpuszczę sobie w tym momencie więcej recenzji w podobnym guście, mówiących na dodatek jeszcze o dziwnych zabawach postmodernistycznych, manieryzmie, pretensjonalności etc. Zasadniczym ich elementem jest podkreślenie zdziwienia przyjętą formą - słowem 'dlaczego to wygląda tak, a nie inaczej?'. Nie mnie tu oceniać, czy to rewelacyjna kompetencja (albo jej brak) u krytyków lub rzeczywiście manieryczny charakter Żuławskiego (co ciekawe zawsze dostaje się od razu seniorowi Żuławskiemu, tak jakby od razu upatrywano w nim głównego sprawcę również twórczości syna). Chciałbym w tym tekście przede wszystkim skoncentrować się na tych elementach "pod farbką" Muszyńskiego - a właściwie udowodnić, że coś pod nią jest i niekoniecznie musi to być intelektualizm w wyraźnym cudzysłowie w jaki opatrzył go 'prowadzący' programów kulturalnych (ironia).
Szyc w filmie mówi 150 razy 'kurwa' - to jest fakt, często odnotowywany, łatwy do udokumentowania i pewnie (nie liczyłem) bezsprzeczny. Mówi również jako Silny wiele rzeczy zbędnych, niepotrzebnych i bez większej logiki. Zmierzam jednak paradoksalnie do stwierdzenia, że właśnie ten dialog, rwany i wulgarny, nielogiczny i wypaczony jest integralnym elementem konstrukcji i wyrazem siły tego filmu.
Szkatułkowa forma opowieści, w której Masłoska tworzy swoje postaci i sama jednocześnie staje się postacią literacką, jest właściwie wielkim pytaniem na temat aktu tworzenia, który przybiera tu (na poziomie historii Silnego) formę budowania własnej podmiotowości i świadomości, czyli związanego z tym dorastania. Pesymistyczny jest jego wydźwięk. Bohaterowie mówią językiem zaczerpniętym z otoczenia, reklam, teleturniejów, filmów, stereotypów, powtarzanych i wpajanych im przez rodziców (rozmowa o studiach). Masłowska pokazuje portret generacji, która nie ma własnego języka, ba, nie ma nawet własnej świadomości. Słowo jest tu fastfoodem przyswajanym momentalnie, bez zbędnych refleksji i wydalanym równie szybko(dobre słowo). W jednej z ostatnich scen filmu Silny stoi na balkonie 'swojego' wymarzonego domu a w tle słychać wstęp piosenki Dżemu "List do M.". Jest to klarowne przesłanie. Konflikt pokoleniowy urósł do ogromnych rozmiarów, pozostałością po rodzicach jest sama (zapewne przez nich) wytworzona wizja domu niż jego realna obecność. Matka ma na bohatera wpływ paradoksalnie przez nieobecność. Bardziej jest on więc piętnem niż elementem budowania psychiki Silnego. Bohaterowie poprzez kompletną dekonstrukcję mowy, nie są w stanie oddać swoich emocji, uzewnętrzenić się, samookreślić. Dlatego jawią się bardziej jako komiksowe postaci niż żywi ludzie, z którymi można się utożsamić. Jest to bodaj najpoważniejszy zarzut. W ostatnim (iście Hamletowskim) monologu Silnego, nie jest on w stanie określić, czy żyje, czy też nie. Następuje kompletny rozpad świadomości. Po raz kolejny paradoksalnie trzeba stwierdzić, że strumień świadomości u Masłowskiej jest właściwie ukazaniem jego braku. Tytułowa wojna jest kolejnym memem, jakimś łatwo przełkniętym stwierdzeniem a przede wszystkim rewelacyjną metaforą tego, co dzieje się w życiu bohaterów. Coś się rozgrywa, chociaż nie wiedzą dokładnie, o co chodzi. Wiedzą również, że ma to jakiś wpływ - dobry, czy zły wydaje się sprawą otwartą. W każdej jednak sytuacji brakuje im podstawowej refleksji. Stąd wywodzi się też cała groteskowość powieści i filmu.
Na drugim poziomie odbioru historii (historii samej Masłoskiej, piszącej powieść) należy wspomnieć scenę kluczową - spotkanie Masłoskiej i Silnego. Zabawnie ukazany dresiarz, który przez chwilę zdaje się być właśnie typowym chamem z blokowiska już po chwili znowu zostaje odarty z maski. Znów jest tylko wytworem literackim, przestaje być postacią z krwi i kości. Autorka odziera go z tego, co zdawało mu się jest nim: jego tożsamość jest maską, którą wcale nietrudno ściągnąć, bo jego motywacje i uwarunkowania psychiczne mają bardzo nieskomplikowany rodowód. Jest w nim więcej czegoś zewnętrznego niż Jego osobowości. Masłowska nie wymyśla nic nowego, ale bawi się tą koncepcją i rozwija ją o kilka interesujących aspektów. Przede wszystkim jednak motywuje tym wolność do tworzenia fikcji i broni tak swoich komiksowych bohaterów: ich oniryzm i nierzeczywistość. Są fikcyjni i przebarwieni, bo takich ich stworzyła - tak samo pokierował aktorów Żuławski. Szyc przekształca się od komiksowego Silnego obdarzonego nadnaturalnymi siłami, poprzez agresywnego dresiarza i wandala do de Mussetowskiego "dziecięcia wieku" - zawsze jest jednak skonwencjonalizowany, bardziej fikcyjny niż rzeczywisty. I taki też ma być. Podobnie Sonia Bohosiewicz, czy Maria Strzelecka.
Również sposób obrazowania w filmie nawiązuje do podobnych zjawisk w kulturze (twórczości Tarantino, komiksu, Bunuela, czy nawet twórczości Sławka Shutego lub Totartowskich happeningów i szeroko rozumianego zainteresowania kampem). Wszystko tu jest przerysowane, bo fabułą utworu jest właśnie Fabuła. Styl Masłowskiej nie jest przeźroczysty i taki też jest styl filmowy Żuławskiego.
Człowiek, który w zasadniczym stopniu przyczynił się do wydania powieści Doroty Masłowskiej, czyli Marcin Świetlicki napisał swego czasu:
"Bo to jest bracie wojna, jak Legia i Polonia, jak Wisła i Cracovia, jak Staś i Nell". Nie wiem, dlaczego, ale te słowa jakoś oddają całą atmosferę, która rozgrywa się wokół Wojny. Z jednej strony Masłowska i Żuławski - postaci oryginalne i kontrowersyjne z drugiej krytycy nastawieni wrogo do 'grafomańskich' i 'chimerycznych' dzieł, które wnoszą jednak dużą świeżość zarówno w dziedzinie literatury (po kilku latach już bezsprzecznie) i filmu. Każdy ma swoje racje, więc i tak dyskusja nie ma większego sensu. Mam nadzieję, że tekst sprawi, że ktoś zainteresuje się bardziej tym zjawiskiem.
wtorek, 5 października 2010
jak krew z nosa
Obudził się i zobaczył plamę krwi na poduszce. Przejrzał wszystkie szafy w nadziei znalezienia jakiegoś ciała, ale nagle zobaczył w lustrze, że to tylko krew z nosa. Tylko krew z nosa.
wtorek, 14 września 2010
Pytanie
Czy jeśli ktoś (w wieku, dajmy na to, rozrodczym) czyta w autobusie (dajmy na to) Szekspira to świadczy to o jego oczytaniu, czy wręcz przeciwnie?
czwartek, 5 sierpnia 2010
Wielki Brat na emeryturze
Wielki Brat
dziś Wielki Brat nie patrzy
przegląda się w lustrze
telewizora drapie się po brzuchu
przesądza o losie Winstona Smitha
Jana Kowalskiego
wysyła SMSa o stosownej treści
Wielki Brat nie czuwa
jest na emeryturze zajada parówki
gapi się w ekran
mówi już się narobiłem
wystarczająco
w innych czasach
Wielki Brat nie kontroluje
niczego
już nie wypada
wszelka kontrola źle się kojarzy
wzrusza się gdy widzi podobizny
na słupach murach billboardach w metrze
w kąciku oka lśni gniew
wspomnienie starych czasów
Znalazłem ostatnio dawno napisany tekst, ale dalej nic dodać, nic ująć. Śmieszą mnie ludzie, obawiający się nadal rozmaitych fanatyków. Fanatycy wierzą w podstarzałego Wielkiego Brata, co samo w sobie jest już zabawne i ma więcej w sobie nostalgii niż zorganizowanej ideologii. W potyczce zwolenników filozofii Anty-Wielki Brat versus Wielki Brat umyka coś istotniejszego - współczesność.
dziś Wielki Brat nie patrzy
przegląda się w lustrze
telewizora drapie się po brzuchu
przesądza o losie Winstona Smitha
Jana Kowalskiego
wysyła SMSa o stosownej treści
Wielki Brat nie czuwa
jest na emeryturze zajada parówki
gapi się w ekran
mówi już się narobiłem
wystarczająco
w innych czasach
Wielki Brat nie kontroluje
niczego
już nie wypada
wszelka kontrola źle się kojarzy
wzrusza się gdy widzi podobizny
na słupach murach billboardach w metrze
w kąciku oka lśni gniew
wspomnienie starych czasów
Znalazłem ostatnio dawno napisany tekst, ale dalej nic dodać, nic ująć. Śmieszą mnie ludzie, obawiający się nadal rozmaitych fanatyków. Fanatycy wierzą w podstarzałego Wielkiego Brata, co samo w sobie jest już zabawne i ma więcej w sobie nostalgii niż zorganizowanej ideologii. W potyczce zwolenników filozofii Anty-Wielki Brat versus Wielki Brat umyka coś istotniejszego - współczesność.
poniedziałek, 12 lipca 2010
Poliglotyzm koniunkturalny
Poliglotyzm koniunkturalny - praktyka polegająca na używaniu obcojęzycznych substytutów słownych w celu podreperowania własnego prestiżu.
przykład:
- Gdzie teraz pracujesz?
- Jestem merchandiserem.
- What the fuck?! Jak już mówimy tym językiem.
- Wykładam towar...
przykład:
- Gdzie teraz pracujesz?
- Jestem merchandiserem.
- What the fuck?! Jak już mówimy tym językiem.
- Wykładam towar...
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Smuda w 3d, Big Brother i Bauman
Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad kilkoma kwestiami związanymi z odbywającymi się obecnie Mistrzostwami Świata w piłce nożnej(nie wiem, co ma być dużą literą, więc no excuses).
Po obejrzeniu kilku meczów, rzecz, która najbardziej rzuciła mi się w oczy to zupełnie nowatorski sposób filmowania. 32 kamery, które filmują sportowe zmagania wykorzystywane są przez realizatora w sposób zgoła niesportowy. Niesamowite zainteresowanie operatorów, genialne podejście do materiału wideo i realizacja niczym z najlepszych realizacji filmowych utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest to linearna rozwoju sportu w najbliższych latach. Wszystkiemu przyświeca wszędobylska reklama Sony i jej telewizji trójwymiarowej. Zasadne więc staje się pytanie - jak będą wyglądać Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Polsce i Ukrainie w 2012 roku? Czy nareszcie będziemy mogli zobaczyć "uroczą" mordę Franciszka Smudy w trójwymiarze?
Choć może wydaje się to być zbyt abstrakcyjne, bo jeżeli za mistrzostwami odpowiedzialna jest TVP, to mistrzostwa obejrzymy, gdy cała Europa zapłaci abonament za korzystanie z usług tych dobrodziejów, dzięki czemu mecze nie będą przerywane reklamami i szlachetna misja Telewizji Polskiej trwać będzie nadal ku Chwale Boskiej i Najświętszej Panienki.
Odchodząc jednak od sprawy polskiej zastanawiam się także nad rozwojem samego sportu. Bo jeżeli już teraz oglądając mecz bardziej popularyzowane są treści, które pokazują piękno, poświęcenie i wysiłek pojedynczego człowieka, to ile brakuje do stworzenia ze sportu czegoś, co polscy komentatorzy już dawno ochrzcili mianem "spektatklu piłkarskiego"? Czy ten "spektakl piłkarski" nie doprowadzi do spopularyzowania wizji tej dziedziny sportu jako amerykańskiego wrestlingu, gdzie rywalizacja poświęcona jest dbałości o widowiskowość? Czy może ta widowiskowość właśnie będzie miała ujście w nowatorskim sposobie filmowania? Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że montaż kamer jako Point of View zawodników to kwestia kilku lat, bo jaki sens w poświęcaniu czasu czemuś, co nie dość, że jest nudne (te mistrzostwa jak na razie obfitują w tego typu mecze) dla ludzi, którzy wolą poświęcić czas na hiperrealistyczne gry komputerowe, odwzorowujące wydarzenie sportowe a sama nieobliczalność rywalizacji i związany z tym brak widowiskowości jest minusem dla posiadającej wielomilionowej widowni telewizji. Większość reality show stopniowo podlega zmianom według sfabularyzowanego scenariusza i dlaczego ta sytuacja miałaby ominąć piłkę nożną jako jednego z elementów telewizyjnego terminarza? Sport mógłby również uniknąć problemów z ustawieniem wyników poprzez scenariusz, ulegając coraz większym presjom przez sam sposób filmowania widowiska i zdaje się, że to jest najbardziej prawdopodobny scenariusz - sportowy Big Brother, który pozostaje pod kontrolą przypadku dopóty, dopóki montażyści i realizatorzy są w stanie zrobić z nudnego meczu widowisko, które widz gustujący w porywających pozycjach telewizyjnych będzie chciał oglądać.
Po przeczytaniu "Tożsamości" Zygmunta Baumana stwierdzam, że również sam pomysł organizacji Mistrzostw Świata narodów w dzisiejszych czasach jest pomysłem o tyle atrakcyjnym, co archaicznym, bo o ile kilkadziesiąt lat temu nie budziło to większego sprzeciwu, to dziś jest to przykładem żonglerki i iście "klubowego" walki o piłkarza i o jego kompletnie sztuczną przynależność narodową. Przykładów są setki o ile nie tysiące. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś formę nacjonalizmu, ale mistrzostwa świata stają się w znacznej mierze walką paszportów - kto zgarnie lepsze, ten wygrywa.
Po obejrzeniu kilku meczów, rzecz, która najbardziej rzuciła mi się w oczy to zupełnie nowatorski sposób filmowania. 32 kamery, które filmują sportowe zmagania wykorzystywane są przez realizatora w sposób zgoła niesportowy. Niesamowite zainteresowanie operatorów, genialne podejście do materiału wideo i realizacja niczym z najlepszych realizacji filmowych utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest to linearna rozwoju sportu w najbliższych latach. Wszystkiemu przyświeca wszędobylska reklama Sony i jej telewizji trójwymiarowej. Zasadne więc staje się pytanie - jak będą wyglądać Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Polsce i Ukrainie w 2012 roku? Czy nareszcie będziemy mogli zobaczyć "uroczą" mordę Franciszka Smudy w trójwymiarze?
Choć może wydaje się to być zbyt abstrakcyjne, bo jeżeli za mistrzostwami odpowiedzialna jest TVP, to mistrzostwa obejrzymy, gdy cała Europa zapłaci abonament za korzystanie z usług tych dobrodziejów, dzięki czemu mecze nie będą przerywane reklamami i szlachetna misja Telewizji Polskiej trwać będzie nadal ku Chwale Boskiej i Najświętszej Panienki.
Odchodząc jednak od sprawy polskiej zastanawiam się także nad rozwojem samego sportu. Bo jeżeli już teraz oglądając mecz bardziej popularyzowane są treści, które pokazują piękno, poświęcenie i wysiłek pojedynczego człowieka, to ile brakuje do stworzenia ze sportu czegoś, co polscy komentatorzy już dawno ochrzcili mianem "spektatklu piłkarskiego"? Czy ten "spektakl piłkarski" nie doprowadzi do spopularyzowania wizji tej dziedziny sportu jako amerykańskiego wrestlingu, gdzie rywalizacja poświęcona jest dbałości o widowiskowość? Czy może ta widowiskowość właśnie będzie miała ujście w nowatorskim sposobie filmowania? Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że montaż kamer jako Point of View zawodników to kwestia kilku lat, bo jaki sens w poświęcaniu czasu czemuś, co nie dość, że jest nudne (te mistrzostwa jak na razie obfitują w tego typu mecze) dla ludzi, którzy wolą poświęcić czas na hiperrealistyczne gry komputerowe, odwzorowujące wydarzenie sportowe a sama nieobliczalność rywalizacji i związany z tym brak widowiskowości jest minusem dla posiadającej wielomilionowej widowni telewizji. Większość reality show stopniowo podlega zmianom według sfabularyzowanego scenariusza i dlaczego ta sytuacja miałaby ominąć piłkę nożną jako jednego z elementów telewizyjnego terminarza? Sport mógłby również uniknąć problemów z ustawieniem wyników poprzez scenariusz, ulegając coraz większym presjom przez sam sposób filmowania widowiska i zdaje się, że to jest najbardziej prawdopodobny scenariusz - sportowy Big Brother, który pozostaje pod kontrolą przypadku dopóty, dopóki montażyści i realizatorzy są w stanie zrobić z nudnego meczu widowisko, które widz gustujący w porywających pozycjach telewizyjnych będzie chciał oglądać.
Po przeczytaniu "Tożsamości" Zygmunta Baumana stwierdzam, że również sam pomysł organizacji Mistrzostw Świata narodów w dzisiejszych czasach jest pomysłem o tyle atrakcyjnym, co archaicznym, bo o ile kilkadziesiąt lat temu nie budziło to większego sprzeciwu, to dziś jest to przykładem żonglerki i iście "klubowego" walki o piłkarza i o jego kompletnie sztuczną przynależność narodową. Przykładów są setki o ile nie tysiące. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś formę nacjonalizmu, ale mistrzostwa świata stają się w znacznej mierze walką paszportów - kto zgarnie lepsze, ten wygrywa.
środa, 26 maja 2010
W poszukiwaniu Fabuły, czyli Tylka pisze książkę o Tylce piszącym powieść
"Sam Spade wpatruje się w okno, czekając na Fabułę. Dwa światy rozdzielone cienką warstwą szyby, jak automat Coca-Coli w afrykańskiej wiosce. Dwa światy rozdzielone na mgnienie oka, na scenę, na kilka sekund najwyżej. Trzeba przecież wyjść, opuścić zadymione biuro i wtopić się w ciepły chaos. Telefon nie dzwoni. Jeszcze nie dzisiaj. Akcja jeszcze się nie zawiąże, być może jutro, pojutrze, za tydzień. Niemniej na pewno. Tak musi być. Czekanie jest zachętą, okazją, by powiedzieć – ja swoje warunki wypełniłem teraz Fabuła powinna wypełnić swoje, ikonografia spełniona, niech się dzieje, niech ktoś ustawi światła i włączy kamerę."
Wielki Sen Bogarta (planowana premiera - WIOSNA 2036 ROK)
Rick Blaine ogląda telewizję i widzi tam siebie, jak niekończące się fantomy w lustrach ustawionych naprzeciw siebie. Naprawdę nazywa się Tylka, Kowalski albo Jones - nikogo to nie interesuje, bo liczy się rola. Każdy zapamiętuje rolę. Problem zaczyna się wtedy, gdy już nie ma ról i jedyne, co można, to cicho odmawiać nieświeżą mantrę, powtarzać stare gesty i palić nieswoje papierosy. Można jeszcze robić wiele innych rzeczy, co nie zmienia faktu, że nic istotnego dla akcji tu się nie stanie, bo akcji nie ma. Choć może jest ich tyle, że każdy już ma je w dupie? Albo się mylę?
poniedziałek, 3 maja 2010
Ministerstwo zdrowia ostrzega!
Parcie na szkło
"Mieć bardzo wkurzającą i natarczywą chęć zaistnienia w mediach.
Przykład z życia wzięty:
Joanna Chmielewska: wystepowała w Big Brotherze, You Can Dance, Hot or Not, Masz Talent i chuj wi gdzie jeszcze!"
z www.miejski.pl
Internetowe parcie na szkło - bardzo groźna choroba umysłowa doby facebook.
Główne objawy to kreacja sfabularyzowanego dziennika przez zakażenonego, który tworzy swoją "inną" od ogółu społeczeństwa narrację, wykazującą się przede wszystkim specyficznie pojętą oryginalnością, głęboką (niejednokrotnie - agresywną) świadomością własnej odmienności i przekonaniem o zainteresowaniu osoby trzeciej treściami, które wyznaje lub prowokacyjnie publikuje zakażony. Choroba ciężka do wyleczenia, pozostawiająca trwałe ślady na psychice chorego; uważana często za największą chorobę cywilizacyjną współczesnej generacji internetowej.
Zakażenie:
Odbywa się często drogą agresywnej marketingowo-kapitalistycznej promocji indywidualności, która utożsamiana jest błędnie z powierzchownością jednostki, która charakteryzuje się poszukiwaniem odrębności artystyczno-kulturowej i chęcią zdobycia popularności kosztem zdeprecjonowania godności własnej i degeneracji światopoglądu. Zaawansowany przebieg choroby powoduje trwałe zmiany psychiczne, charakteryzujące się agresywnymi reakcjami na krytykę otoczenia, wypaczeniem rzeczywistego obrazu społeczeństwa (charakteryzowanego przez chorych jako "filistrów, roboli, niekreatywnych opierdalaczy chleba").
Próby leczenia:
są problematyczne i do tej pory Światowa Organizacja Zdrowia nie poczyniła ruchów, które miałyby ów stan zmienić. Niektórzy badacze starają się przeforsować kwestię abstynencji internetowej chorych, która miałaby doprowadzić do cofnięcia narzutów u zakażonego. Inni specjaliści uważają, iż uzależnienie od pozornej sławy może podczas abstynencji wzmocnić objawy i zdenaturować psychikę chorego.
Joanna Chmielewska: wystepowała w Big Brotherze, You Can Dance, Hot or Not, Masz Talent i chuj wi gdzie jeszcze!"
z www.miejski.pl
Internetowe parcie na szkło - bardzo groźna choroba umysłowa doby facebook.
Główne objawy to kreacja sfabularyzowanego dziennika przez zakażenonego, który tworzy swoją "inną" od ogółu społeczeństwa narrację, wykazującą się przede wszystkim specyficznie pojętą oryginalnością, głęboką (niejednokrotnie - agresywną) świadomością własnej odmienności i przekonaniem o zainteresowaniu osoby trzeciej treściami, które wyznaje lub prowokacyjnie publikuje zakażony. Choroba ciężka do wyleczenia, pozostawiająca trwałe ślady na psychice chorego; uważana często za największą chorobę cywilizacyjną współczesnej generacji internetowej.
Zakażenie:
Odbywa się często drogą agresywnej marketingowo-kapitalistycznej promocji indywidualności, która utożsamiana jest błędnie z powierzchownością jednostki, która charakteryzuje się poszukiwaniem odrębności artystyczno-kulturowej i chęcią zdobycia popularności kosztem zdeprecjonowania godności własnej i degeneracji światopoglądu. Zaawansowany przebieg choroby powoduje trwałe zmiany psychiczne, charakteryzujące się agresywnymi reakcjami na krytykę otoczenia, wypaczeniem rzeczywistego obrazu społeczeństwa (charakteryzowanego przez chorych jako "filistrów, roboli, niekreatywnych opierdalaczy chleba").
Próby leczenia:
są problematyczne i do tej pory Światowa Organizacja Zdrowia nie poczyniła ruchów, które miałyby ów stan zmienić. Niektórzy badacze starają się przeforsować kwestię abstynencji internetowej chorych, która miałaby doprowadzić do cofnięcia narzutów u zakażonego. Inni specjaliści uważają, iż uzależnienie od pozornej sławy może podczas abstynencji wzmocnić objawy i zdenaturować psychikę chorego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)