niedziela, 6 listopada 2011

Oznaczony 44

któregoś dnia ten portal będzie należeć do mnie
na razie klikam na razie patrzę na razie mysz swą pieszczę
kursorem najeżdżam na twarze

oznaczony oznaczony
oznaczyli mnie na zdjęciu
nic o tym nie wiem przeglądam pocztę
groupon wiagra discounty

któregoś dnia neostradą nadejdzie mail od hakerów
w pięciu zdaniach dwudziestu słowach i zapytają
czy to ja jestem tylka
a ja wtedy włączę stronę główną i będę wskazywać
kursorem
tego
tego
tego
tamtą
tego zbanować
tamtą wylogować
wszystkich!

facebook nasza klasa
sodoma z gomorą
sodomę i gomorę przełącza się kliknięciem

oznaczony oznaczony
oznaczyli mnie na zdjęciu
nic o tym nie wiem przeglądam pocztę
groupon wiagra discounty

niedziela, 30 października 2011

Melina cz. 1

„Poszli całą zgrają, bo rodziny mają, o czym my nie mamy pojęcia, jak niektórzy powiadają, zadzwoniliśmy więc po nakrycie i jedzenie i wzięliśmy się od nowa za picie i palenie.”
Andros Zemenidis U Fotisa

Melina

Określenie ‘melina’ zabarwione jest pejoratywnie, lecz każdy z nich ma to głęboko w dupie. Leżą przed telewizorem na kanapach i fotelach, oglądając pierwsze od trzech dni wiadomości ze świata i polityki. Politykę i świat mają również w poważaniu.
Odpoczywają w domu Filipa, rozkoszując się kojącym błękitem scenografii faktów TVN, starając się przetrwać w półśnie do wyjazdu. Wszyscy ziewają, oglądając informacje o kryzysie finansowym, niektórzy z nich popijają herbatę, ktoś inny bierze prysznic, bo woda się nagrzała. Martwy Kaddafi wzbudza śmiech, jedynie kamerzysta nad zwłokami wywołuje niesmak.
- Ale chuj jebany... – mówi ktoś rozgoryczony.
- Co za skurwiały TVN! – kwituje ktoś inny.
Później pokazany jest reportaż, który przechodzi od tematu piłki nożnej, awarię zraszacza na stadionie, przez temat nagich ludzi, by spuentować wszystko rozmową z pszczelarzem, który tłumaczy, że pszczoły mogą się wkurwić.
- O co kurwa chodzi... – rzuca Ewa sennie.
Melina to stan umysłu. Uderzenie jest nagłe i przychodzi myśl, by wyjechać gdzieś z grupą ludzi, odciąć się i nie wychodzić na powierzchnię. Rozszerza się na następne umysły jak choroba, ludzi jest więcej, spotkania są częstsze i dłuższe. Spotykają się studenci dziennikarstwa, filmoznawstwa, architektury, filologii, niektórzy z tytułem magisterskim, inni z licencjatem.
- Mam dobry pomysł na biznes. Rozkręcić taki ekskluzywny burdel dla bogatych ludzi. – mówi Piotr.
- Ja dziś wpadłem na dobry plan na biznes. – wpada mu w słowo Michał. – Jechaliśmy samochodem i koło nas jechał Fiat Bravo, który miał matowo purpurowy kolor i wyglądał cudownie. Później stwierdziliśmy, że był to jednak brud. I żeby tak brudzić samochody, by lakier wyglądał jak matowy, za kasę.
- Pomysł dobry. – stwierdza Piotr.
Pomysły są zawsze dobre a powroty najgorsze, więc wszyscy oglądają jeszcze prognozę pogody i wiadomości sportowe, żeby odsunąć nieco godzinę wyjazdu.
Monika i Krystian wyjechali wcześnie rano, zostawili kartkę w kuchni i dopiero po kilku godzinach ktoś na kacu ją odczytał. Kłócili się dzień wcześniej, bo Krystian pił rano browary. Są małżeństwem. To całkiem logiczne, że była zła. Pokazywali wcześniej zdjęcia z wesela i Filip powiedział, że jedna osoba wygląda jak Mikołaj Grabowski a Michał zaczął jej szukać na zdjęciach. Nie zobaczył. Mało jest ludzi, wyglądających jak Mikołaj Grabowski.
Klimat chyba nie odpowiadał Monice. Też trudno się dziwić. Dwudniowe picie, całodniowe palenie papierosów, czy rozmowy o różnych kuriozach mogą nie być dla wszystkich idealnym rozwiązaniem spędzenia wolnego czasu. Sposób komunikacji również może wydawać się czymś dziwnym dla osób spoza Meliny.
- Zafuramy? – pyta Basia.
- Jakby się dało... – odpowiada Artur – Żeby był.
- Ja bym strącił chmurę. – wtrąca Piotr – maksymalnie sześć.
I wszyscy idą zapalić na werandę.
Melina jest alternatywą dla rodziny, różni ją epizodyczny charakter funkcjonowania, płynność i zmienny skład. Podobieństw też jest kilka. Poza tym Melina zawsze wychodzi dobrze na zdjęciach.
Na wyjeździe nikt nie miał aparatu i martwiło to Ewę, która w kolorycie lokalnym sytuacji a przede wszystkim fotogenicznych, leśnych okolicach upatrywała źródeł dobrych kadrów. Michał myślał bardziej o filmie o Melinie, choć Artur widział z tego bardziej literaturę.
- To byłby taki Slacker Linklatera – mówił Michał – są jacyś dziwni ludzie, którzy opowiadają jakieś historie. Pozornie nic się nie dzieje, ale jest w tym jakieś napięcie lekkie. No i opowieści. Mumblecore.
- Książka mogłaby się nazywać Wspomnienia z Meliny. – kwituje Artur.
Do tej pory większość spotkań (posiedzeń) odbywała się w mieście. Miasto ma swoje strefy demarkacyjne, punkty zapalne i barykady mieszkań, gdzie toczy się walka o każdy metr. Wilczur ma pysk porannych gazet, billboardów, rodzin z małymi dziećmi w wózkach, panów w ślicznych garniturach i codziennych harmonogramów.
Wszyscy mieli jakieś zajęcia, do których musieli wrócić, ale nikt nie przywiązywał do nich szczególnej uwagi. Praca i studia były tylko przykrą koniecznością, każdy zdawał sobie sprawę z faktu, że studia w niczym nie pomogą a nie ma sensu cieszyć się faktem, że ma się jakąś śmieciową pracę. Fakt taki należy zaakceptować i skoncentrować się na czymś, co powinno być istotne.
Melina pije wódkę, zastanawiając się, co tu jest tak naprawdę istotne. Nikt się nie śpieszy, każdy woli przemyśleć to dokładnie, choćby miało trwać to wiele miesięcy.
We wszystkim czuć atmosferę schyłku, new age, kryzys – cały multipleks kryzysów. Najlepiej przeczekać tornado, zamknąć się w bunkrze, wyjść dopiero, jak wszystko się uspokoi i zostaną tylko zgliszcza. Wiadomości dotyczące kryzysu przenikają wszystko, ciężko się uwolnić od ciągłej mantry informacyjnej, wszystko wali się jak domki z kart, można tylko spoglądać z werandy na zamglone z rana pola i konie leniwie spoglądające w niebo, trzymać szklankę z colą i wódką, palić papierosy i nigdzie się nie ruszać. Choć świat wydaje się odległy, musi w końcu zainterweniować, zwrócić się o wszystkich.
Ewa ma malinowe bletki a Piotrek trochę stuffu, jest sobota rano, siedzą na słońcu, palą jointa i Michał snuje refleksje o perspektywie konstrukcji systemu podniebnej akustyki, by można było słuchać ulubionych utworów. The dead flag blues Godspeed you! Black Emperor powinno lecieć z nieba, na szesnaście minut dwadzieścia osiem sekund przed końcem świata. Słońce liże wszystkich po szyjach, psy wylegują się na ciepłych deskach werandy, kawa z ekspresu jest rześka i ożywcza, rozmowy rozpływają się w oparach absurdu, dymu i wiatru, niosącego zapach lasu. Włosy Ewy są miękkie, rozgrzane od światła, usta mają malinowy posmak. Wszystko upłynnia się w bezczasie.
Jest niedziela i fakty TVN. Ciągłe reminiscencje, przypływy zdarzeń z ostatnich dni. Chęć uporządkowania wydarzeń, znalezienia jakiejś prawidłowości.
Jest sobota wieczór i kalambury filmowe. Każdy wymyśla najtrudniejsze tytuły świata. Filmy, których nikt nie oglądał. To brnięcie na oślep przez brak własnej kompetencji. Zwycięstwo to nie byle co, emocje sięgają zenitu, coraz więcej alkoholu.
Jest piątek godzina dwudziesta druga i przyjeżdża siedem osób z Krakowa: Asia, Ewa, Piotrek, Michał, Artur, Basia i Magda. Impreza na miejscu już trwa. Dom jest przestronny i wygodny. Wszyscy rzucają bagaże w salonie i czym prędzej biorą kieliszki. Rozmowy są chaotyczne, ale z każdym kieliszkiem wszyscy znajdują dogodny temat. Alkoholu nie brakuje. Tematów jest więc coraz więcej. Leją się jak z rękawa, nikt nie wylewa ich za kołnierz.
W niedzielę po południu wszyscy postanawiają zwiedzić okoliczne miasteczko. Jest pałac i rozległy park, choć nie jest najcieplej to wszyscy zgodnie stwierdzają, że spacer pomaga. Pełno rodzin z dziećmi obserwuje niedzielnych spacerowiczów, skacowanych wypłoszy, którzy przyjechali skądś indziej i straszą im dzieci, podpalają pałace, grabią domy i mordują zwierzęta hodowlane.
Wszyscy zgodnie stwierdzają, że obiad w McDonaldzie to jednak nieporozumienie, ale jest już za późno. Jedzenie trwa tyle, co jedno zdanie w powieści.
Cała historia jest jak zlepki rozmów, kawałki zdań, filtry z papierosów, niedopite piwa w puszce, pytania retoryczne, waciki do uszu. Nie ma i nie będzie przesłania. Fabuła zbyt pocięta, niedostatecznie skrystalizowana. Zakończenie jak zerwany film - nagłe i nieoczekiwane, pozostawiające pustkę i ból głowy.

czwartek, 1 września 2011

"Strachy" - roboczy tytuł

AKT I

Scena 1

AUTOR siedzi na krześle. Na scenę wchodzi PAN A.

PAN A.


Bo wiesz, to jest trochę tak, jak spotkanie opłatkowe dla muzułmanów i Żydów. Te rekolekcje dla niewierzących. Jak granie muzyki dla głuchych. O! Dobry przykład. Ty wiesz, co taki głuchy sobie myśli, jak widzi muzyków? Cały zespół rockowy. jeden trzęsie grzywą, drugi ryczy do mikrofonu, trzeci skacze z basem a czwarty na perkusji macha rękami. Otóż myśli sobie – może i jestem głuchy, ale przynajmniej nie popierdolony. I dziękuje Bogu (jak wierzy). Wybierasz sobie prywatną abstrakcję i nikt cię nie przekona, że jego abstrakcja jest lepsza. Rekolekcje dla niewierzących mogą być dla zbuntowanych dziewczynek w podkoszulku Nirvany, które żeby zrobić na złość mamie idą na te rekolekcje żeby im nie było źle, że opuściły mszę...

(chodzi nerwowo)

Te rekolekcje to zamach na naszą świętą (dobre słowo) wolność. Możesz nie iść - jasne. To zwykłe zawłaszczenie mojego wyboru. Ja nie mówię ci, co masz robić. Mówię ci?

(chwytając Autora za koszulę)

Mówię ci, że masz nie wierzyć?

Autor

Nie!

Pan a.

Chociaż powinienem... Ateizm! To jest to, czego potrzebuje ten świat. To jest idea. Ale ty jej nie pojmiesz, jesteś tylko żałosną kreaturą. Chociaż czy ty w ogóle wierzysz? Nawet nie chodzisz do kościoła, nie odmawiasz modlitwy, nie masz swojego pomnika z papieżem, poduszki w kościele, nie masz swojej książeczki z modlitwami kreaturo, coraz bardziej chce mi się rzygać, jak cię widzę. Brakuje ci jednej jawnej deklaracji. Bardzo prostej. Nie żadnego "może". Silny człowiek się nie waha. Silny człowiek naciska spust. Albo go nie naciska. Wahają się tylko słabi. Tchórze. Jesteś tchórzem. Tak.

(klęka na kolanach)

Powiedz mi, wierzysz? Czy nie. Błagam...

(wstaje i łapie go za koszulę)

Wierzysz, czy nie? Masz pięć sekund na odpowiedź. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden... Zero... Jeden czy zero!

Autor

Wierzę... że nie istniejesz.

Światło gaśnie na chwilę.

SCENA 2

Zapala się ponownie. Siedzi sam Autor.

to tyle o filmie

It’s just a bad movie, where there’s no crying
handing the keys to me in this Red Lion,
where the lock that you locked in the suite says there’s no prying.
When the breath that you breathed in the street screams there’s no science.
When you look how you looked then to me, then I cease lying and fall into silence.

It’s just a life story, so there’s no climax.
No more new territory, so pull away the imax.
In the slot that you sliced through the scene there was no shyness.
In the plot that you passed through your teeth there was no pity.
No fade in: film begins on a kid in the big city.
And no cut to a costly parade (that’s for him only!).
No dissolve to a sliver of grey (that’s his new lady!)
where she glows just like grain on the flickering pane of some great movie. (Hey, I'd watch it!)

It’s just a house burning, but it’s not haunted.
It was your heart hurting, but not for too long, kid.
In the socket you spin from with ease there is no sticking.
From the speakers your fake masterpiece comes serenely dribbling.
When the air around your chair fills with heat, that’s the flames licking
beneath the clock on the clean mantelpiece. It’s got a calm clicking,
like a pro at his editing suite takes two weeks stitching up some bad movie.

(Okkervil River - Our life is not a movie or maybe)

wtorek, 30 sierpnia 2011

chciałbym coś dopisać do tego

Charles Bukowski "koniec" (finish)

jesteśmy jak róże które nigdy nie pokwapiły się
zakwitnąć wtedy kiedy powinny były zakwitnąć i
teraz jakby
słońce było już zmęczone
czekaniem

Nie rozpoznaję subtelnych różnic

Chciałem się zadurzyć. udało się
zadłużyć. długi
powrót

Pani kierowczyni prowadzi autobus do Nowego Targu.

Wyjechałem w kilka miejsc naraz. Szanse powrotu
oceniam w promilach

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

za Piotrem Czerskim cytuję, który cytuje również za kimś innym

"- Panie profesorze, jak nazywa się moment w tragedii greckiej, gdy bohater wie już, że wszystko i całe jego wysiłki, są i były pozbawione sensu?

- Poniedziałek 12:15"

niedziela, 28 sierpnia 2011

Humbert Humbert

Lolita się zestarzała i jest w ciąży i zbrzydła. Mówię wróć. Całkiem poważnie.
Szukałem cię kilka lat.

sobota, 27 sierpnia 2011

zlepki, postmortemizm

PLENER. DWORZEC

Tadeusz Halmann wyciąga paczkę Cameli i odpala cztery papierosy naraz.

TADEUSZ HALMANN
(głosem Marcina Świetlickiego)
Rozpierdoliłaś mi wakacje...

Okazuje się, że to nie dworzec a scena klubu Piękny Pies. Halmann wygląda jak Świetlicki.

HALMANN-ŚWIETLICKI
(głosem Humphreya Bogarta)
Jaka jest pańska narodowość?

Okazuje się, że to nie scena klubu Piękny Pies a knajpa u Ricka Blaine'a w Casablance. A Halmann nie jest Świetlickim, tylko Bogartem.

HALMANN-BOGART
(głosem oscylującym wokół Ingrid Bergman i Humphreya Bogarta)
We'll always have Paris.

Okazuje się, że to nie knajpa u Ricka a pokój w mieszkaniu na ulicy OBROŃCÓW STALINGRADU 51/12. Halmann jest Halmannem.

TADEUSZ HALMANN
(głosem Halmanna, przygotowuje się mentalnie do recytacji wiersza)
chciałem cię wymyślić. udało się
zwymyślać. chciałem
powiedzieć postmodernizm.
powiedziałem post
mortem.

wymyślany
codziennie odnowa

Nagle brzuch Halmanna zostaje rozerwany przez Obcego z filmu Ridleya Scotta. Mieszkanie nie jest mieszkaniem a sceną teatrzyku objazdowego.

OBCY
(głosem Nicolasa Cage'a)
Love me tender...
Ludzie biją brawo. Kotara się zasuwa. Na niebie unosi się napis HAPPY END.

///najbardziej epicka scena ever///

mówię do siebie, cudzymi słowami

Na Twoje urodziny jestem sam bezbronny
Broń nakazałem sobie odłożyć ołówek
I tarczę kartki schowałem w szufladę
Tamtą kobietę zwróciłem rodzinie

Osoby dawnych wierszy ode mnie odeszły
I nie mam uroczystej zastawy na stole
I nie ukrywam się za krzakiem drzewka
Czy za zasłoną parującej zupy

I nie mam psa pod stołem z którym bym rozmawiał
I żaden list nie przyszedł Nadawcy umarli
Na wymyśloną im przeze mnie śmierć
Autorzy byli i zabrali książki

I wreszcie nie mam żadnej ojczyzny gdy trup
Pamięci leży w brudach jak zużyta chustka
A tę za oknem właśnie śnieg zasypał
Razem z poezją śmiercią i Afryką

Mam tylko wyszczerbioną szklankę po musztardzie
I w butelce spirytus denaturowany
Od którego mózg płonie fioletowo
Jak zapalona rtęciowa żarówka

Ale jeszcze nie piję go kiedy spod śniegu
Dochodzą mnie zaklęcia pijanego ludu
Co usiłuje wymusić odpowiedź
Od milczącego na talerzu karpia

Życzę im by się przecież jakoś dogadali
Co się na pewno stanie skoro nawet talerz
Niedługo zacznie mówić ludzkim głosem
I barszcz i bigos i grzyby w kapuście

Ja zanim odkorkuję naleję wypiję
Zanim się z sobą samym podzielę opłatkiem
Skórki od chleba suchego jak wargi
Tymi spierzchłymi tyle Ci opowiem

Począłeś się w kobiecie z wielkiej melancholii
W łonie jak dom ogromny co nie zamieszkany
Sam się zaludnia najpierw echem kroków
Aż magnetycznie skupią się atomy

Począłeś się w kobiecie najbrzydszej na świecie
Co chociaż obdarzona pośladkami dwoma
Piersiami uwieść nie zdołała męża
Teraz się rodzisz żeby mnie zwyciężać

(Rafał Wojaczek - Kolęda)

piątek, 26 sierpnia 2011

korespondencja pośrednia

umarliśmy dla siebie. jesteśmy
jak duchy i przesuwamy po stole kartki pocztowe. przestawiamy
plany wywracamy do góry nogami teorie. znaczymy
obecność z braku innych znaczeń. dajemy znaki
przez obce osoby - media i poetów. śpiewamy
wersy cudzych piosenek na złość
istniejemy.

znaczące że tylko wierzący widzą duchy
więc będziemy nadal. ukrywać
się między słowami wierszy w muzyce
w twarzach innych ludzi w fikcyjnych postaciach. aż przestaniemy
dawać znaki
wiary

w ostatniej scenie skreślamy dedykację
umarliśmy dla siebie. jesteśmy

Ha I Q

matka częstuje mnie papierosami jak antybiotykiem
zabijam w sobie wszystkie małe śmierci
wszystko zawiera się w opozycjach

czwartek, 25 sierpnia 2011

Pętla II

więc przyjechałem. jestem
jak na dłoni z bardzo długiej podróży.
umarłem ożyłem zaginąłem jestem.

dom jest jak muzeum. chodzę na palcach
i wstrzymuję oddech przywieram do ściany
przez wilgoć i chłód
by wyczuć puls. dotykam i wiem
tu się już nic nie narodzi

jutro znów wyjadę
pomylić adresy

środa, 24 sierpnia 2011

***

kraków-czyżyny upał
ukryć się w cieniu
zapalić papierosa by wyrzucić po chwili to,
co dawało życie
zabija boleśniej
dziś

eye on what i'm after, I don't need another friend, nod and watch your lips move, if you need me to pretend

http://www.youtube.com/watch?v=cqJJwv_Caaw&feature=related

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

żyletka w torcie

najtrudniej napisać coś zupełnie przeciwnego
to w gruncie rzeczy bardzo prosty list. coś z klasyki
cytat w kursywie życzenia i podpis
bez upiększeń zawiera
się w jednym prostym zabiegu
zamiana liczby mnogiej
sens
jest jak żyletka w torcie
urodzinowym

i zawsze są dwa warianty z tego jeden jest
już nieaktualny

trawię i czekam
i wiem że znowu dałem się przechytrzyć
na stary numer z tortem

i ostrzy się obraz
ostrzy coraz więcej

sobota, 6 sierpnia 2011

nadal nie mam pracy...

List motywacyjny

otóż szanowny panie
nawet byśmy o sobie nie wiedzieli ale wiemy
może aż za dużo czarne na białym
zdjęcie w metryce

z mojej strony nie jestem w stanie zaoferować nic więcej
poza czerwienią krwi pajęczyną płuc przyśpieszonym tętnem
leworęcznością i dużą motywacją bo za życie trzeba zapłacić
i ja sobie proszę pana zdaję z tego sprawę

i tak, śpieszę wytłumaczyć, mam pewne doświadczenia
(o których szerzej w życiorysie.) wspomniałbym
o innych, ale wiem, że różnimy się podejściem
do kwestii osiągnięć i mogłoby to zostać odebrane źle.

otóż szanowny panie mam silną motywacją
i coraz większą żądzę
by zasłonić twarz pańskim logiem
ubrać pańską czapeczkę firmową
przebrać się za pana oficjalną maskotkę

jeśli taki będzie pański fetysz
skulony i skoncentrowany czekam

piątek, 29 lipca 2011

O kocie, księżycu i malinach

mała kociczka
senna ciepła odurzona ciemnością
z papierosem w łapce
miękkiej jak poduszki
(pazurek jak nóż na nagiej szyi)
mruczy cicho

głaszcze mnie tylko księżyc
pieści mnie tylko noc
dziś

oblizuje usta z malin
zaciąga się lekko i godnie
chyba, że mnie
przekomarz

piątek, 8 lipca 2011

Martwa natura z fakmajlajfem


Fakmajlajf - sowowaty ptak nie będący tym, czym się wydaje

'Opis rekwizytu - kartka światęczna'

kartka świąteczna
z dołączoną paczką tytoniu casablanca
(współcześnie na kartce rozsypany tytoń
z marihuaną) zwraca uwagę. pismo stylizowane na lata
trzydzieste. (krągłe 'E', miękki ślad po 'A'). lekki bukiet knajpy w której piłem
szóste piwo za trzy pięćdziesiąt myśląc niech się skończą
te święta ta zima
i niech będzie już lato
można było już wrócić położyć się i zasnąć
spokojnie

kartka leży na stole a ja myślę, że miło
było siedzieć tam wtedy
na mrozie
w knajpie, w której nie pachnie wcale ładnie
ale piwo kosztuje trzy pięćdziesiąt
a na barze wisi jeszcze świeży ciepły
kalendarz.

czwartek, 7 lipca 2011

Dziś nie będzie tabaki (część 1)

Nie będzie dziś tabaki mówi R., patrząc w niebo. Czarne chmury gromadzą się na Rynku a mi już mija kac, powoli choć nieubłagalnie. Dziś wszystko się będzie toczyć powoli i nieubłagalnie. Powoli więc zapalam papierosa, bo nie ma się, gdzie śpieszyć i tak spędzę tu następnych kilkanaście godzin. Wszystko jest przygotowane, jak w wigilię, na gościa, który nigdy nie nadejdzie. Zaraz będzie deszcz a nam pozostanie tylko pilnowanie nieistniejącego interesu.
Rynek budzi się do życia leniwie, nieśpiesznie, wszelkie kurioza wychodzą z anonimowych miejsc, by na Rynku znaleźć się tam, gdzie powinni: Zagłoba, Szalony Kapelusznik, cygan ciągle grający tę samą melodię.
A R., patrzący w niebo to również kuriozum. Ale inne kuriozum, bardziej zakorzenione w rzeczywistości. Przepowiada pogodę. Również na kacu. Robi to sprawnie, bo dla samego siebie. I tak się powinno robić, mawia zawsze Manago Gej, którego tu jeszcze nie ma, więc można palić papierosa i snuć refleksje. Refleksje nie są tu chyba wskazane. Tabaka nie skłania do refleksji. Może to i dobrze.
R. też wczoraj pił, więc komunikacja jest lżejsza. Zrobiliśmy wszystko, co przyszło nam zrobić, teraz czekamy na deszcz albo na wypogodzenie, albo po prostu na koniec pracy. Na coś czekamy w każdym razie. Myślę, że czekamy na Godota tak naprawdę. Przebieramy się w nieswoje ciuchy i tak dalej (czytałem niedawno Godota, więc mogę zabłysnąć kontekstem literackim). Jestem przechuj i umrę młodo.
Myślę, że nie jestem homofobem (kolejna refleksja z nudów). Rozumiem to, że żyjemy w konserwatywnym jak sam skurwysyn kraju, w którym, żeby być homoseksualistą najpierw należy się takim wydawać dla innych. Więc to raczej proces kulturowej identyfikacji. Coś obszerniejszego, wliczającego w swój krąg zachowania zupełnie niezwiązane freudowsko z homoseksualizmem - poronioną estetykę, pedantyzm, graniczący z obłędem, obsesję na punkcie swojej pracy i totalnie żenujące poczucie humoru. Już sam nie wiem, czy to charakterystyka Manago Geja, czy ogólniejszy wniosek, ale on sam sprawia wrażenie osobowości-kalki. Istny człowiek bez właściwości, pozbawiony własnego charakteru. Chodzący stereotyp. Jak symulakra geja. Tylko przypomina mi się rysunek Stefanowicza z puentą "homoseksualizm dotarł do Warszawy" (czy coś w ten deseń). Nic dodać, nic ująć. Pewnie jestem homofobem. A na pewno wszyscy tak stwierdzą.
Trzeba przestać bezsensownie zastanawiać się nad rzeczami niezwiązanymi z pracą. Trzeba iść się przebrać. W inną tożsamość. Wszyscy się tu przebierają w jakąś tożsamość. Najprościej to zauważyć w relacjach kuchnia-kelnerzy. Albo jak, kto woli kuchnia-parasole, kuchnia-surykatki etc. jak zwał... Mój brat jest szefem kuchni, ja sam zawsze miałem dobre relacje z pracownikami kuchni. Nie ma się, co jednak oszukiwać, że nie istnieją duże różnice, które można sklasyfikować wręcz marksistowsko.
Kuchnia to klasa średnia, obdarzona stałą pensją, dzięki czemu charakter pracy jest zupełnie inny. Roboty jest albo dużo, albo mało, albo średnio (jakby to powiedział Kazimierz Górski, czy inny Paulo Coelho prostych rozważań) a pensja jest podobna. W pracy kelnerów obrót ma wpływ na zarobki. Celowo nie mówię o pensji, bo tak naprawdę pensja jest oferowana chyba tylko ze względu na prawo pracy. Zatrudnienie jest umożliwieniem wykonywania jałmużny zarobkowej w charakterze prezentacji lokalu i jego wyrobów. O tym mówił P. ostatnio w pracy. Inteligencja, charyzma, uprzejmość, znajomość języków obcych, empatia, czy umiejętność nawiązywania kontaktów mają wpływać na wynagrodzenie, które dzięki temu jest czymś płynnym i niepewnym. Mały ruch i brak tabaki, to małe wynagrodzenie. Można to porównać do pracy na własny rachunek nowej klasy upadłej inteligencji. Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu itd itd. Marks napierdalaj. A miałem tu właściwie opisać konflikt jak z Majakowskiego, Meyerholda, czy coś w tym stylu. Kuchnia podgrzewająca talerze na wydawce żeby kelnerzy parzyli sobie łapy, to piękny opis walki proletariatu z nierobami, którzy za nic zarabiają pieniądze większe niż średnia krajowa. Ta upadła inteligencja z reguły nie ma rodzin, więc nie musi wracać do domów po pracy, może chlać do rana za pół ceny i przepijać napiwki. To chyba budzi zawsze nienawiść. Zawsze wolność budziła nienawiść (patrz: zastrzelony Peter Fonda w Easy Riderze) - pierwsze skojarzenie Szef Kuchni krzyczący wypierdalaj stąd, miałaś tu być trzydzieści sekund temu, do kelnerki pracującej pierwszy dzień. W sumie słabe to skojarzenie. Trzeba przestać myśleć. Prasować ubranie.
Nienawidzę prasować ubrań. Prasowanie jest kolejnym elementem kultury, który dla mnie z dziwnych przyczyn jeszcze nie umarł, chociaż powinien. Prasuję tylko białe koszule do pracy, bo podobno tak trzeba. Golę się również tylko z tego powodu. Gdyby ktoś w restauracji podał mi widelec z lewej strony, to bym udał, że tego nie widziałem. Gdyby ktoś z miną Latawicy podał mi talerz w restauracji, to bym jej ten widelec podany z lewej strony wbił w ramię. Ale to ona jest tu kierowniczką zmiany. Nie ja. I na tym polega savoir vivre. Na tym polega standard. Miej kogoś w dupie w taki sposób, żeby jego i twoja kompetencja kulturowa nie mogła cię oskarżyć o niechęć, wrogość. Ważniejsze są konwenanse niż naturalne zachowania. To jest kolejna bariera. Dużo ich właściwie jest. To też całkiem normalne, bo zmęczeni do granic ludzie, którzy zarabiają na łasce ludzi, pracujących po 8 godzin ludzi z lepszych miejsc niż to, muszą czuć jakiś opór (i vice versa). Mogą zarabiać tyle samo. Nie ma to żadnego znaczenia. Hierarchia ma znaczenie.
A bez wyprasowanej koszuli jest się w hierarchii niżej niż cygan, który gra tę samą melodię. Ma wyprasowaną koszulę.
Zawsze byłem tu nie-swój. Ręce mi się trzęsły na początku przy spotkaniach z ludźmi, bo ich po prostu nie lubię i to jest chyba problem większy niż psychologiczny.
Nie lubię ich gry aktorskiej. Upadła klasa inteligencji rozszerza się nie tylko na przechlanych kelnerów i kelnerki. Bardziej na ludzi, którzy są gdzieś na szczycie hierarchii i muszą w zachowaniu pokazać znamiona własnej władzy. Sam proces odżywiania jest czymś bardziej rytualnym niż powinien być. Kultura zawłaszcza biologię robiąc z banalnego wpierdalania sztukę. Tego nigdy nie lubiłem. Jedzenie jest pretekstem by dalej poszerzać władzę. Na szczęście nie ma aż tak wielu takich ludzi, którzy przychodzą do restauracji nie po to, by zjeść, ale by sprawdzić poziom obsługi. Obsługa - idealne słowo. Markiz de Sade. Perwersja gastronomii. Gastrofilia.
Koszula wyprasowana. Trzeba iść na Rynek. I patrzeć w niebo. Bez żadnych alegorii. Można się zastanawiać i to jest pewnie plus. Albo minus. Miło patrzeć na Rynek. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, ale teraz wydaje mi się całkiem przyjemne. Nie muszę przechodzić przez tę całą tłuszczę turystów, chodzącymi jak saperzy po polach minowych, wypatrującymi jak napierdoleni Indianie znaków dymnów. To nie dla mnie. Ale obserwowanie zawsze było fajne. Obserwowanie ładnych kobiet, przechodzących przez Rynek. To już bardziej dla mnie. Obserwowanie polega na braku interakcji i to też chore. Co tu nie jest chore.

środa, 22 czerwca 2011

Fetysz smaku

Człowiek rozpoznaje tylko kilka smaków. Cała reszta bierze się z ich subtelnych konfiguracji. Za długo byłem gorzki, zbyt mocno kwaśny, zbyt naiwnie słodki i zbyt często słony. Trzeba mi być wytrawnym. Schłodzonym i wytrawnym.

niedziela, 5 czerwca 2011

Jestem antyhipsterem

"Istnieje jednak niefajna i mainstreamowa grupa ludzi uważających hipsterów za zbiór zblazowanych i nieprzystosowanych do prawdziwego życia dzieci bogatych rodziców, którzy nigdy nie zrobili nic konstruktywnego. Logika antyhipsterska oparta jest na negacji wyjątkowości i wyszukaności oraz przekonaniu o degeneracji tej dekadenckiej subkultury. Antyhipsterzy to w większości normalsi zajmujący zwyczajnym życiem, nieakceptujący zarówno stylu jak i fałszywego podejścia do życia hipsterów."
nonsensopedia.wikia.com

wtorek, 26 kwietnia 2011

Świat jest ogromny (chamska zrzyna z ohmygod webcomics)




- widzisz, synku, świat jest ogromny. Są morza i oceany, góry i doliny, zamieszkiwane przez tysiące najprzeróżniejszych stworzeń. I o to chodzi, by zwiedzać te miejsca i się rozwijać, stawiać sobie małe cele i gromadzić doświadczenia...

Bartłomiej zawsze lubił opowiadać swojemu synkowi o zaletach gry w World of Warcraft.

środa, 20 kwietnia 2011

bez nadawcy

otóż kochanie u nas po staremu
czwartek się przedłużył i coraz ciężej
rozróżnić dni od miesięcy maile od rozmów
to co się zdarzyło od tego co widzieliśmy
tylko w filmach
prawdziwe wydaje się
wyłącznie osiem godzin w pociągu z jednego końca
szaleństwa na drugi
pomiędzy nimi jest cała masa nieprawdziwych miast
i globalizacja w którą nie sposób wierzyć

otóż kochanie pozwalam sobie tak mówić
do ciebie żeby później nie zmieniać
niepotrzebnie imion
bo wszystkie terminy ważności ulegają
przedawnieniu (niektórzy nazywają to
przemijaniem)

pozostawiam ten list bez nadawcy
na wszelki wypadek

piątek, 7 stycznia 2011

Miasto bez prądu

Pod adresem miastobezpradu.blogspot.com publikujemy powieść-blog Miasto bez prądu Pomysł jest prosty - ma to być apokaliptyczna a może utopijna (kto wie) wizja miasta, w którym gaśnie prąd, nie ma benzyny i gazu i ludzie z nudów zaczynają opowiadać sobie różne historie. Każdy może dopisać kolejną historię, barierą jest tylko inwencja (albo jej brak). Dopuszczalne są również videoblogi, zdjęcia zarejestrowane resztką baterii ostatnich aparatów, fragmenty puszek po coli i tego typu chore rzeczy W ten sposób ma wytworzyć się zapis pewnej, innej rzeczywistości. Zapraszam wszystkich popaprańców do rejestracji historii i wysyłania.